Wizz Air Milano Marathon - biegowa bajka, która mogła zakończyć się inaczej

Wizz Air Milano Marathon - biegowa bajka, która mogła zakończyć się inaczej

Do stolicy Lombardii, na mój trzeci w życiu maraton jechałem dobrze przygotowany i może zabrzmi to nieskromnie ale byłem o tym przekonany. Okres treningowy był poukładany, kilometry zbierane regularnie, obyło się bez żadnych urazów i bez przestojów. Wszystko szło w swoją, dobrą stronę i dawało poczucie, że może być naprawdę dobrze. Plan był prosty. Pobiec równo, spróbować poprawić wynik z Aten, a jeśli dzień by „zagrał”, to może nawet zbliżyć się do życiówki. Sky is the limit ;)

Mimo to, przed startem nie czułem tego, co siedząc na murawie stadionu w Maratonie w listopadzie przed drogą do stolicy Grecji. Nie było takiego "wow", nie było tej iskry i przekonania, że to będzie ten dzień. Nie spinałem się, nie było stresu w negatywnym sensie, ale też nie potrafiłem wejść w taki stan skupienia i flow, który pomaga wejść w maraton jak dzik w żołędzie. Raczej spokojna głowa, trochę obserwacji, trochę czekania na to, co przyniesie trasa.

Początek biegu wyglądał dokładnie tak, jak powinien i jak to sobie założyłem. Tempo trzymałem w założonym zakresie(w okolicach 6:20 min/km), pilnując, żeby nie dać się ponieść atmosferze i nie przyspieszyć bez sensu. Biegło mi się komfortowo, oddech był spokojny, wszystko pod kontrolą. Trasa okazała się przyjemna, momentami naprawdę klimatyczna, z dużą liczbą kibiców, którzy robili robotę. To był ten etap, kiedy masz poczucie, że robisz swoje i że wszystko idzie zgodnie z planem. Do czasu...

W okolicach 20 kilometra pojawiło się pierwsze poczucie, że coś zaczyna się psuć. Nogi przestały pracować tak, jak powinny, a każdy kolejny krok zaczął być odczuwalny dużo mocniej niż wcześniej. To nie było zmęczenie, które przychodzi naturalnie wraz z dystansem. To było raczej wrażenie, jakby każdorazowe lądowanie stopy na asfalcie było twardsze, bardziej „puste”, jakby brakowało amortyzacji. Bardzo szybko dotarło do mnie, że problemem są niestety buty. To był sprzęt, który już swoje przebiegł. Te same buty, w których startowałem w Atenach. Sprawdzone, ale też już mocno „zużyte” i jak się okazało – na granicy swoich możliwości. W Mediolanie tej granicy po prostu nie wytrzymały. Pojawił się ból, sztywność, a wraz z nimi świadomość, że od tego momentu ten bieg nie będzie już radosnym pokonywaniem kolejnych kilometrów, tylko walką o dotarcie do mety. Zwolniłem, licząc, że może uda się trochę „uratować sytuację”, że nogi trochę odsapną, a po 30 kilometrze wrócę do swojego rytmu. Takie rzeczy czasem się zdarzają, więc była jeszcze nadzieja. Niestety, tym razem się nie udało.

Druga połowa biegu to już zupełnie inna historia. Tempo zaczęło spadać, kilometry dłużyły się coraz bardziej, a głowa zaczęła odgrywać dużo większą rolę niż wcześniej. Pojawiały się klasyczne pytania, które zazwyczaj pojawiają się w takich właśnie momentach czyli jak mogłem zrobić taki błąd? Po co mi to było? Czy to ma sens? Czy nie lepiej odpuścić? To nie były jakieś dramatyczne kryzysy, raczej takie spokojne, uporczywe wątpliwości, które pojawiają się przy zmęczeniu i bólu. Z drugiej strony bardzo szybko wracało też myślenie zadaniowe. Skoro już tu jestem, skoro ten bieg wygląda tak, a nie inaczej, to jedyne co mogę zrobić, to go dokończyć. Bez kombinowania, bez szukania wymówek, po prostu krok po kroku i do przodu. W tym momencie nie było już żadnego planu czasowego, była tylko decyzja, żeby dowieźć. 

Końcówka to już klasyczne „odklepywanie kilometrów”. Bez większej dynamiki, bez poczucia kontroli nad tempem, raczej skupienie na tym, żeby utrzymać ruch i nie zatrzymać się całkowicie. To jest ta część maratonu, której nie da się oszukać ani przygotowaniem, ani doświadczeniem – można ją tylko przejść (sorry - przebiec ;)). Na mecie pojawił się uśmiech i przede wszystkim ulga. Taka czysta, fizyczna ulga, że to już koniec. Do tego doszła radość, że mimo wszystko udało się ukończyć bieg. Ale zaraz obok była też złość. Na siebie, na decyzję o wyborze butów, na to, że coś, co było dobrze przygotowane, nie zostało dowiezione w pełni.

Patrząc na wynik to jest poprawa względem Aten o ponad pięć minut. To zawsze coś i trudno tego nie docenić. Z drugiej strony mam świadomość, że trasa w Mediolanie była zdecydowanie łatwiejsza, więc potencjał na lepszy rezultat był realny. Stąd ta satysfakcja jest trochę „połowiczna”. Najważniejsza rzecz, którą zabieram z tego biegu, jest bardzo konkretna. Sprzęt ma znaczenie i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. But musi nieść, szczególnie na dystansie maratonu. Nie można zakładać, że skoro coś kiedyś się sprawdziło, to sprawdzi się zawsze. Z drugiej strony, żeby była jasność to absolutnie nie zrzucam winy na buty. To była moja decyzja i tylko ja za nią odpowiadam. Takie rzeczy też są częścią tej drogi.

Bezpośrednio po biegu pojawiła się myśl, że może to na razie koniec maratonów. Zmęczenie zrobiło swoje, emocje też. Ale jak to zwykle bywa, po kilku dniach wszystko zaczyna się układać w głowie inaczej. Wraca dystans, wraca też gdzieś chęć, żeby jeszcze, w niedalekiej przyszłości, do tych 42 kilometrów z małym haczykiem wrócić. Na razie jednak plan jest trochę inny. Trochę mniej startów a jeśli już, to krótsze dystanse czyli półmaraton, dyszka, a może coś innego? Na pewno przyda się trochę oddechu i dystansu. A potem zobaczymy.

Sam Mediolan jako impreza biegowa wypadł dobrze, choć moim zdaniem nie przebił Aten, które dla mnie są organizacyjnym topem. Nie ma jednak co wybrzydzać. Na trasie punkty odżywiania działały sprawnie, fajna trasa no i kibice, którzy jak już wspomniałem na początku robili mega fajny klimat. 

Na koniec zostaje jedna myśl, która dobrze podsumowuje ten start. Plany są potrzebne, ale trzeba umieć spojrzeć na to, co dzieje się tu i teraz. I przyjąć to z pokorą. Mimo, że mam spory niedosyt związany z tym startem, to bardzo się cieszę,  ze mogłem pobiec w mediolańskim maratonie. To bardzo cenne doświadczenie, z którego na pewno wyciągnę odpowiednie wnioski. I na pewno się nie poddam. 
Robię swoje! Biegnę dalej! 

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica

fot. GetPica


Robię swoje

Robię swoje


Pierwszy wpis w tym roku. Trochę późno - wiem. Ale czasami cisza też jest częścią treningu. Czasami zamiast pisać, lepiej po prostu robić swoje. Kilometr po kilometrze. 

Ten rok zaczął się inaczej niż poprzednie. Bez snucia wielkich planów za kolejnymi startami. Bez presji, że trzeba być wszędzie. Tym razem postawiłem na coś, co z wiekiem zaczyna mieć coraz większą wartość – spokojne budowanie formy i słuchanie własnego organizmu.

Nie rezygnuję ze startów. Dalej je uwielbiam. Ale w tym roku podchodzę do nich nieco inaczej. W poprzednich latach bywało tak, że rodzinny kalendarz musiał dopasować się do mojego biegowego. W tym roku chciałem, żeby było trochę odwrotnie. Bo przecież bieganie ma dawać siłę do życia, a nie je organizować od A do Z (chociaż wiem, że niektórzy tak żyją i to też jest jak najbardziej spoko).

Ale też nie jest tak, że nie nic się nie będzie działo. Ten sezon, a w zasadzie jego pierwsza część ma  swój bardzo konkretny cel. Mediolan. Mój trzeci maraton. I może właśnie dlatego podchodzę do niego inaczej niż do poprzednich. Spokojniej. Bez szukania cudów. Bardziej bazując na doświadczeniu niż na ambicji. Wiem już jak wygląda przygotowanie. Wiem jak smakuje kryzys. Wiem też jaką satysfakcję daje dotarcie do mety. Nie muszę już nic nikomu udowadniać. Chcę po prostu dobrze przeżyć ten bieg.

Przygotowania od początku roku to była bardziej spokojna, systematyczna praca niż fajerwerki. Zwykłe treningi robione w zwykłe dni. Czasami z energią, czasami na charakterze. Były też momenty zmęczenia, kiedy człowiek zastanawia się czy to ma sens - ale każdy, kto biega długo wie, że to normalna część drogi. Było też trochę urozmaicenia. Zamiast jednego długiego wybiegania spontaniczny wyjazd w Pieniny i solidne wejście na Trzy Korony. Inny wysiłek, inne mięśnie, ale ta sama myśl, że to wszystko zaprocentuje.

Najbardziej jednak cieszy mnie coś innego. Nie tempo. Nie dystanse. Tylko to, że dalej zwyczajnie lubię wyjść pobiegać. Bez ciśnienia. Dla głowy. Dla siebie. Teraz wchodzę już powoli w ten decydujący moment przygotowań, który każdy maratończyk zna. Treningu jest trochę mniej, ale w głowie coraz więcej myśli o starcie. Wyobrażasz sobie trasę. Atmosferę. Pierwsze kilometry. I ten moment, kiedy zostajesz sam ze sobą i swoim rytmem. Mediolan jak już wspomniałem, będzie moim trzecim spotkaniem z maratonem. I chyba właśnie dlatego czuję bardziej ciekawość niż stres. Bo wiem, że maraton zawsze coś sprawdza i nie są to tylko nogi.

Za moment Wielkanoc. Dobry moment, żeby trochę zwolnić, złapać oddech, spędzić czas z rodziną i… trochę naładować baterie przed startem. Bo w maratonie tak jak w życiu, regeneracja jest tak samo ważna jak praca. Dlatego wszystkim, którzy tu zaglądają życzę spokojnych, dobrych Świąt. Takich z czasem dla bliskich, z odrobiną ruchu i bez wyrzutów sumienia przy świątecznym stole. Forma nie ucieknie. A wypoczęta głowa potrafi więcej niż zmęczone nogi.

A ja? Ja kończę już ten etap przygotowań. Zrobiłem tyle ile mogłem. Teraz czas zaufać pracy wykonanej przez ostatnie miesiące. I naprawdę… nie mogę się już doczekać, żeby znów stanąć na starcie. Bo prawda jest taka, że maraton zaczyna się dużo wcześniej niż na linii startu. Zaczyna się w zimowe poranki, kiedy nie chce się wyjść. W dni, kiedy trening trzeba wcisnąć między obowiązki. W momentach, kiedy nikt nie widzi pracy, która później pozwala cieszyć się biegiem. I może właśnie to w tym wszystkim jest najpiękniejsze. Że to nie jest historia o jednym dniu. To jest historia o drodze. O cierpliwości. O systematyczności. O tym, że nawet po czterdziestce można dalej mieć cele, które trochę przerażają, ale jeszcze bardziej motywują. Bo wynik kiedyś się zapomni. Medal trafi do szuflady. Ale drogi, którą się przeszło, żeby tam stanąć nikt nie zabierze.
2025 - rok, który układał się w biegu

2025 - rok, który układał się w biegu


Są sezony, które zapamiętuje się przez jeden wynik. I są takie, które pamięta się jako ciąg zdarzeń, emocji i decyzji, które logicznie układają się w całość. 2025 był właśnie takim rokiem – bez chaosu, za to z wyraźnym rytmem. Gdybym miał opisać go jednym zdaniem, powiedziałbym bez wahania: chyba najlepszy biegowy rok w moim życiu. Nie dlatego, że każdy start był idealny, ale dlatego, że każdy miał swoje miejsce.

Pierwsza część sezonu – spokojny start i łapanie rytmu
Rok zaczął się bez fajerwerków. Ot, regularne treningi i spokojne budowanie formy. Bez nerwowych ruchów, bez presji, z myślą, że to dopiero początek długiego i pięknego roku. Zaczęło się niewinnie - od symbolicznego Biegu Tropem Wilczym na dystansie 1963 m. Pierwszym poważnym startem był Bieg Leśny w Łękawie. Było bardzo ciepło, zróżnicowany teren, piach, podbiegi ale też i płaskie leśne dukty. Bieg bardziej wytrzymałościowy niż szybki, ale bardzo potrzebny. Świetny test na początek i doskonałe wejście w sezon startowy.
Niedługo później przyszedł Bełchatowski Bieg Nocny – zupełnie inna energia. Światła miasta, chłodniejsze powietrze i specyficzny klimat, który zawsze robi swoje. Taki start, który nie tylko sprawdza formę, ale też daje czystą frajdę z biegania.
Trzecim startem był Białostocki Półmaraton - bieg, który pokochałem od pierwszego startu.  Plan jak zwykle - bez presji, bez oczekiwań. Po prostu chęć pobiegnięcia dobrze. Tempo samo się układało, głowa była spokojna, ciało współpracowało. Efekt? 1:59:53 – wynik, który przyszedł dokładnie wtedy, gdy nie był wymuszony. Zejście poniżej 2 godzin w półmaratonie to było dla mnie coś wielkiego.
Pierwszą część sezonu domknął jeszcze Rossmann Run - Bieg Ulicą Piotrkowską w Łodzi. Kolejna z imprez, którą bardzo lubię. Mnóstwo uczestników, super klimat i wielka energia kibiców. Idealne zamknięcie pierwszej części roku.

Druga część sezonu – więcej doświadczenia niż pośpiechu
Po letnim, spokojniejszym okresie, oczywiście również z treningami, przyszedł czas na drugą, mocniejszą część sezonu.
Pierwszym akcentem był Półmaraton Praski – mój powrót na prawą stronę stolicy. Bieg solidny, z nocnym klimatem miasta stołecznego, który dobrze wprowadził w drugą część sezonu. Bez fajerwerków, ale z poczuciem kontroli, stabilizacji i budowy.
Niedługo później był Półmaraton w Łowiczu, no i tu już słodko nie było. Wysoka temperatura, trudne warunki i trasa, która dłużyła się niemiłosiernie. To był najtrudniejszy moment sezonu. Po nim przyszedł pewien kryzys. Pojawiły się nawet pytania, czy to wszystko ma sens. Strasznie czułem się po tym biegu, ale w porę oprzytomniałem, bo na horyzoncie miałem już kolejne starty. Powiem więcej ten "kryzys" okazał się jednak potrzebny. Pozwolił zwolnić, złapać dystans i poukładać głowę przed najważniejszym wyzwaniem roku.
Kolejnym startem był Silesia Half Marathon – bieg, na który bardzo chętnie wróciłem. Sprawdzona trasa, dobra organizacja i śląski klimat. To był start, który dał spokój i potwierdził, że forma jest wystarczająca na to, co miało nadejść.

Ateny – mój maraton marzeń
Tak, najważniejszym punktem 2025 roku był Maraton Ateński. Decyzja o starcie zapadła bardziej sercem niż analizą profilu trasy. Dopiero później przyszła świadomość, jak wymagający to bieg – długie podbiegi, specyfika trasy i ciężar historii. To był maraton trudny. Momentami bardzo. Ale właśnie dlatego jego ukończenie jest dla mnie największym powodem do dumy w tym roku. Większym niż jakakolwiek życiówka. Cały czas czuję ogromną dumę z tego, że ukończyłem ateński bieg. Bo to nie był dla mnie zwykły maraton. To był dowód na to, że jestem w stanie osiągnąć coś, o czym kiedyś mogłem tylko pomarzyć. 

Końcówka sezonu
Po Atenach wystartowałem jeszcze w dwóch biegach - 5 km podczas Bełchatowskiej Piętnastki i Biegu świątecznym w Ruścu. Było to świetne zwieńczenie sezonu, który zakończyłem dokładnie tak chciałem zakończyć – spokojnie i z uśmiechem.

Bieganie jako azyl
Podczas tego roku często zadawałem sobie pytanie - czym jest dla mnie bieganie? Najśmieszniejsze jest to, że nie byłem i nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Bo dla mnie bieganie to coś więcej niż tylko aktywność fizyczna. To moja ostoja, Przez cały sezon bieganie było moją ostoją. Przestrzenią w której mogłem zostawić stres, zmęczenie i codzienny chaos. Były tylko kroki, oddech i bycie tu i teraz. I to wystarczało.

Rodzina – siła, która trwa
Koniec roku to również czas, w którym uświadamiam sobie, jak wiele zawdzięczam moim dziewczynom. Bez nich nie byłoby tych wszystkich biegów - większych lub mniejszych sukcesów. Obecność Agi i Kingi jest stałym i integralnym elementem mojego biegania - zarówno podczas treningów jak i zawodów. Myśl o tym, że są gdzieś na trasie albo czekają na mecie, często pojawiała się w trudniejszych momentach. To ogromna motywacja i coś, co trudno przecenić.

Co dalej?
Nowy rok to z reguły nowe plany, możliwości i perspektywy. Dla mnie ten nowy rok przynosi nowy cel - cel, który zamierzam zrealizować już 12 kwietnia. Będzie to Maraton w Mediolanie. Dlaczego właśnie tam? Podczas wizyty na Expo przed maratonem w Atenach, otrzymałem ulotkę tegoż właśnie biegu i po kilkunastu dniach namysłu, zdecydowałem, że trzeba kuć żelazo póki gorące. Jednak zanim się zapisałem, starannie przejrzałem profil trasy i po krótkiej analizie zdecydowałem, że chcę tam wystartować. Poza tym, nigdy nie byłem w stolicy Lombardii ;) Co jeszcze? Nie mam pojęcia. Mam pewne typy, ale to jeszcze nic pewnego.

Kończąc ten nieco przydługawy wpis, w Nowym Roku życzę wam dużo zdrowia i realizacji wszystkich zamierzonych celów. Nich będzie to dla Was piękny i pozytywny rok!!!

Moja biegowa droga trwa dalej...
Pięć kilometrów na Bełchatowskiej Piętnastce

Pięć kilometrów na Bełchatowskiej Piętnastce

Dwa tygodnie po maratonie nadszedł czas na start na krótszym dystansie. Tym razem padło na 5 km podczas biegu towarzyszącego Bełchatowskiej Piętnastce – imprezy, której od lat nie wyobrażam sobie odpuścić. Mając jednak na uwadze to, co wydarzyło się po biegu nie wiem, czy nieodpuszczanie to zawsze dobry pomysł. No ale przecież start we własnym mieście zawsze ma w sobie coś wyjątkowego i trudno odmówić sobie tej atmosfery.

Na spokojnie
Przed biegiem czułem się „w miarę względnie”. Lekkie przeziębienie dawało o sobie znać, a organizm wciąż nie był w pełni wypoczęty po ateńskim wysiłku. Nie planowałem jednak żadnego konkretnego tempa ani wyniku. Chciałem pobiec na luzie, bez ciśnienia, po prostu zobaczyć, jak ciało zareaguje na mocniejszy akcent po kilku spokojniejszych dniach. Oczywiście gdzieś tam w tle znów pojawiła się myśl o zbliżeniu się do życiówki – to chyba naturalne dla każdego biegacza. Finalnie nic z tego nie wyszło, ale było naprawdę nieźle.

Trasa i atmosfera – jak zawsze na poziomie
Trasa 5 km od lat pozostaje praktycznie taka sama – szybka, przewidywalna i przyjemna do biegania. To jeden z tych biegów, gdzie dokładnie wiesz, czego się spodziewać. Dodatkowo cały klimat imprezy jest czymś, do czego co roku chętnie wracam. Bełchatowska Piętnastka to największe i najbardziej prestiżowe wydarzenie biegowe w moim mieście – z doskonałą organizacją, świetną atmosferą i kibicami, którzy potrafią dodać skrzydeł.

Powrót do krótszego dystansu
Bieganie po maratonie to taki swego rodzaju powrót do codzienności po wielkiej przygodzie. Krótszy dystans daje inną energię, inną dynamikę i nieco inną motywację. Ale dla mnie każdy bieg, niezależnie od długości, jest procesem: doświadczeniem, które czegoś uczy i zostawia po sobie ślad. I właśnie to sprawia, że nadal tak bardzo lubię te wszystkie starty – od symbolicznych piątek po największe wyzwania i dłuższe dystanse.

Wynik, z którego jestem zadowolony
Ostatecznie zatrzymałem zegarek na 26 minutach. Bez zbędnej presji, bez walki o każdą sekundę, a mimo to z naprawdę dobrym rezultatem, z którego na tym etapie mogłem być naprawdę zadowolony. 

A jednak przegrałem...
Niestety, lekkie przeziębienie o którym wspominałem na początku wpisu, przerodziło się w prawdziwą przeziębieniową katastrofę. Sponiewierało mnie na tyle, ze praktycznie przez półtora tygodnia nie spoglądałem nawet w kierunku biegowego uniformu. Z dwojga złego, dobrze że teraz, praktycznie na koniec sezonu. Jeszcze tylko tradycyjny Bieg Świąteczny w Ruścu i można kończyć ten jakby nie patrzeć bardzo pozytywny biegowy rok. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym już nie rozmyślał o planach i startach w 2026 roku. Nie wchodząc w szczegóły - znów się trochę zadzieje :) Ale póki co... do zobaczenia w Ruścu!


Maraton Ateński 2025 - mój bieg marzeń

Maraton Ateński 2025 - mój bieg marzeń

Są takie chwile w życiu, których nie zapomina się nigdy. Takie, do których wraca się myślami, choćby minęły lata. Dla mnie jedną z nich na pewno będzie 9 dzień listopada 2025 roku – dzień, w którym stanąłem na starcie legendarnego Maratonu Ateńskiego, by po 42 kilometrach i 195 metrach zakończyć ten bieg na Stadionie Panateńskim. W miejscu, gdzie wszystko się zaczęło.
To był bieg marzeń. Trudny, emocjonalny, piękny. Bieg, w którym nie chodziło o wynik, ale o coś znacznie więcej – o historię, o drogę, o spełnienie.

Ostatni tydzień – spokój i skupienie
Ostatnie dni przed maratonem poświęciłem na regenerację i porządny sen. Potrzebowałem wyciszenia, zebrania myśli i poskładania wszystkiego w głowie. W tym czasie często zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, jak to będzie – jak stanę na starcie, jak pokonuję trasę, jak wbiegam na stadion. Te obrazy były tak realne, że niemal czułem zapach asfaltu i dźwięk kroków tysięcy biegaczy obok mnie. 
Do Aten przyleciałem kilka dni wcześniej, by mieć czas na spokojne przygotowanie i wejście w klimat. Pakiet startowy odebrałem w czwartek, dzień po przylocie. Wszystko przebiegało perfekcyjnie – organizacja na najwyższym poziomie, świetnie oznaczone punkty, pełna informacja dla biegaczy (w czym pomogły też wcześniejsze maile od organizatorów). Expo zrobiło ogromne wrażenie – setki stoisk, biegowy gwar, mnóstwo nowości. Człowiek mógł się w tym wszystkim zatracić. Moją bazą było mieszkanie w dzielnicy Pangrati, dosłownie kilka minut spacerem od Stadionu Panateńskiego, czyli mety biegu. Dodatkowym plusem była bliskość stacji Evangelismos, z której w dniu maratonu odjeżdżały autobusy do miejsca startu w Maratonie.

Noc przed – cisza przed burzą
O dziwo, spałem bardzo dobrze. Położyłem się około 21:00 czasu lokalnego i zasnąłem niemal od razu. Zero nerwów, zero stresu. Spokojna głowa. Czułem, że wszystko, co miałem zrobić, zostało zrobione. Nie czułem strachu – raczej wdzięczność i ekscytację. Pobudka przed 4:00 rano. Śniadanie biegacza: kanapeczka z miodem, kanapeczka z dżemem, kilka łyków herbaty, szybka toaleta… i w drogę.

Droga na start
Na miejsce zbiórki dotarłem błyskawicznie – kilka minut spacerem i byłem na stacji Evangelismos, gdzie czekały już autobusy i gęstniejący z każdą chwilą tłum biegaczy. Wszystko działało jak w zegarku. Organizacja wzorowa – wolontariusze kierowali ruchem, pomagali wsiadać do autobusów. Czuć było, że to impreza z ogromnym doświadczeniem. Sama podróż do Maratonu przebiegała spokojnie… aż do momentu, gdy przed miejscem startu rozpadało się na całego. Lało jak z cebra. Przez chwilę można było pomyśleć, że to zapowiedź ciężkiego dnia, ale po pewnym czasie deszcz ustał i na niebie pojawiło się słońce – i nawet tęcza. Symbolicznie. Jakby ktoś z góry powiedział: „Nie pękaj Seba, dziś będzie dobrze”.

Start – radość, nie strach
Przed startem czułem ogromną ekscytację i szczęście. Byłem tam, gdzie chciałem być. Wiedziałem, że wykonałem swoją pracę i że to powinno wystarczyć. Oczywiście nie byłem perfekcyjnie przygotowany, ale byłem gotowy. Tuż przed startem powiedziałem sobie w myślach: „Spokojnie chłopie! Rób swoje - swoje tempo, swój rytm! To Twój czas!” Wtem – wystrzał startera. Maszyna ruszyła. 42 kilometry i 195 metrów mojej historii. Lecimy! Po kilkaset metrach… fizjologia przypomniała, że jest częścią tego sportu, więc musiałem na chwilę zejść z trasy i... zrobić coś należy (śmiech). Potem już tylko rytm, skupienie i bieg.

Pierwsze kilometry – szukanie rytmu
Pierwsze kilometry były spokojne, w miarę płaskie, choć dość zatłoczone. Tłum biegaczy, gwar, emocje. W głowie miałem jedno – nie szarpać, biec swoje. Po deszczu było duszno, momentami powietrze było ciężkie, ale nie paraliżujące. Raz nawet delikatnie pokropiło, czasem wyszło słońce, czasem były chmury. Trochę taki misz-masz.

Podbieg 
Analizując profil trasy wiedziałem, że będzie trudno. Ale rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia. Podbieg po 20 kilometrze w Maratonie Ateńskim to nie legenda – to prawda. Długi, wymagający, męczący. W pewnym momencie strategia poszła się… no, wiadomo gdzie. Ale serio, nie złamało mnie to. Biegłem wolniej, ale konsekwentnie. Do przodu. Zawsze do przodu.

Motywacja i kibice
Muszę przyznać, że nie miałem żadnej chwili zwątpienia. Ani przez moment nie przyszło mi do głowy, żeby się poddać. To był mój bieg marzeń, zbyt ważny, by zejść z trasy. Motywacja była ogromna – wiedziałem, po co to robię. Zresztą zawsze mam w głowie dwie rzeczy: po pierwsze – oto ja, kiedyś 130-kilogramowy „niedźwiadek”, który cudem wyszedł z ciężkiej choroby, biegnie drugi w życiu maraton, ma na koncie kilkadziesiąt rozmaitych biegów na różnych dystansach. Po drugie – Kinga i Aga - moje dziewczyny, moje najwierniejsze kibicki, które od lat znoszą moje biegowe szaleństwa i zawsze, niezależnie od okoliczności mnie wspierają.
Słowo też należy się kibicom, którzy byli cudowni! Dzieciaki przybijające piątki i wręczające biegaczom gałązki oliwne (sam też taką dostałem – piękny symbol!). Dorośli dopingujący i wspierający biegaczy z całego świata (musicie zresztą wiedzieć że w tym maratonie biegli przedstawiciele aż 126 krajów z całego świata). Doping był żywiołowy, szczery, momentami wzruszający.

Odżywianie i rytm
Na trasę miałem przygotowane pięć żeli i cztery z nich zużyłem. Na samą myśl o piątym trochę mnie już cofało :), ale to zasługa licznych punktów odżywczych, który od 5 kilometra były usytuowane co 2,5 km. Na każdym butelkowana woda, na większości izotoniki, banany, gąbki z wodą, cola. Wszystko perfekcyjnie zorganizowane. Każdy punkt – biorę kilka łyków wody, reszta na kark i głowę. Temperatura swoje robiła, więc trzeba było się chłodzić. Energetycznie wszystko działało dobrze.

Ostatnie kilometry – emocje i duma
Cały czas wierzyłem, ba byłem przekonany, że się uda. Nie miałem żadnej ściany, biegłem po swojemu, cytując klasyka "cały czas do przodu, starałem się". Prawdziwe emocje przyszły jednak na 40. kilometrze. Wtedy poczułem napływ wszystkiego – radości, wzruszenia, dumy, a ostatnie dwa kilometry to coś, czego nie da się opisać. Radość mieszała się ze łzami, duma ze spełnieniem. Czułem,  że się częścią historii.

Ostatnie metry - mój moment
Wbiegnięcie na Stadion Panateński to już inny wymiar. Tuż przed obiektem wyjąłem Flagę Polski. Miałem to marzenie w głowie od kilku tygodni i oczyma wyobraźni widziałem siebie wbiegającego na stadion z biało-czerwoną w rękach. To było też symboliczne – dwa dni przed naszym Świętem Niepodległości, w miejscu, gdzie narodził się maraton. Kiedy wbiegłem na ten historyczny, monumentalny stadion, poczułem trzy rzeczy, których nie zapomnę już nigdy. Dumę. Wzruszenie. Szczęście. To był mój moment. Moja chwila.

Meta – wdzięczność i spełnienie
Przekroczenie mety to było coś więcej niż radość. To był symboliczny finał setek godzin treningów, wyrzeczeń, potu, walki z samym sobą. Dla mnie – biegowego amatora – to nagroda za każdy krok, za każdą chwilę zwątpienia, za każdą myśl: „nie dam rady”. Na stadionie usiadłem na chwilę. Spojrzałem w niebo. Łzy same popłynęły. To była wdzięczność. I duma.

Po biegu – cisza i radość
Na mecie pojawiło się też uczucie, które niestety nieuchronnie pojawić się musiało. Smutek. Smutek, że to już koniec... Moje dziewczyny również nie kryły emocji. Widziałem w ich oczach dumę i wzruszenie. Bez dwóch zdań, to był także ich sukces!

Refleksja
Ukończenie Maratonu w Atenach to dla mnie zwycięstwo. Nie nad kimś – nad sobą. Nad przeciwnościami losu, nad złością, poczuciem bezsensu, lenistwem, zwątpieniem, słabościami. To dowód, że można. Że naprawdę każdy może.
To był najtrudniejszy, ale też najpiękniejszy w moim życiu. Nie ze względu na czas, ale na doświadczenie. Bo właśnie o to chodzi – nie o wynik, tylko o drogę.

Organizacja
To był najlepiej zorganizowany bieg, w jakim kiedykolwiek startowałem. Wszystko było jak w szwajcarskim zegarku. Pełna informacja, dziesiątki maili przed biegiem. Odbiór pakietów, Expo - wszystko na najwyższym możliwym poziomie. Organizacja biegu, strefa startu, trasa, punkty odżywcze, meta. No choćbym bardzo chciał, nie znajdę słabego punktu. Chcecie się przekonać? Kolejna edycja w przyszłym roku w listopadzie i szczerze polecam! 

Zamiast „nigdy więcej” – „gdzie kolejny?”
Pamiętam jak po moim pierwszym maratonie w 2018 roku w pewnym momencie z przekąsem powiedziałem „nigdy więcej”. Teraz myślę tylko: gdzie kolejny? Skąd ta zmiana? Może przez to, że jestem trochę starszy, trochę inaczej patrzę na pewne sprawy i motywacja też zaczęła inaczej działać? 

Epilog
Po ukończeniu biegu długo jeszcze siedziałem na trybunach Stadionu Panateńskiego. Patrzyłem na biegaczy, na słońce nad Atenami, na medale błyszczące na szyjach ludzi z całego świata. Dzieliłem z nimi radość i dumę z tego, czego wspólnie dokonaliśmy. I może dla kogoś jest to coś nienormalnego, by z własnej woli przebiec ponad 42 kilometry, poświęcać temu wolny czas zamiast wieść wygodne spokojne życie. Ale biegacze patrzą na to inaczej. Dla nas to radość, motywacja do pokonywania własnych słabości i zwyczajnie, świetna zabawa.
Teraz gdy piszę ten post, czuję ogromną wdzięczność! I wielkie szczęście! Bo tego dnia byłem w miejscu, w którym chciałem być i dokonałem czegoś, czego dokonać chciałem! 





fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live

fot. marathonphotos.live


Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger