Wizz Air Milano Marathon - biegowa bajka, która mogła zakończyć się inaczej
Do stolicy Lombardii, na mój trzeci w życiu maraton jechałem dobrze przygotowany i może zabrzmi to nieskromnie ale byłem o tym przekonany. Okres treningowy był poukładany, kilometry zbierane regularnie, obyło się bez żadnych urazów i bez przestojów. Wszystko szło w swoją, dobrą stronę i dawało poczucie, że może być naprawdę dobrze. Plan był prosty. Pobiec równo, spróbować poprawić wynik z Aten, a jeśli dzień by „zagrał”, to może nawet zbliżyć się do życiówki. Sky is the limit ;)
Mimo to, przed startem nie czułem tego, co siedząc na murawie stadionu w Maratonie w listopadzie przed drogą do stolicy Grecji. Nie było takiego "wow", nie było tej iskry i przekonania, że to będzie ten dzień. Nie spinałem się, nie było stresu w negatywnym sensie, ale też nie potrafiłem wejść w taki stan skupienia i flow, który pomaga wejść w maraton jak dzik w żołędzie. Raczej spokojna głowa, trochę obserwacji, trochę czekania na to, co przyniesie trasa.
Początek biegu wyglądał dokładnie tak, jak powinien i jak to sobie założyłem. Tempo trzymałem w założonym zakresie(w okolicach 6:20 min/km), pilnując, żeby nie dać się ponieść atmosferze i nie przyspieszyć bez sensu. Biegło mi się komfortowo, oddech był spokojny, wszystko pod kontrolą. Trasa okazała się przyjemna, momentami naprawdę klimatyczna, z dużą liczbą kibiców, którzy robili robotę. To był ten etap, kiedy masz poczucie, że robisz swoje i że wszystko idzie zgodnie z planem. Do czasu...
W okolicach 20 kilometra pojawiło się pierwsze poczucie, że coś zaczyna się psuć. Nogi przestały pracować tak, jak powinny, a każdy kolejny krok zaczął być odczuwalny dużo mocniej niż wcześniej. To nie było zmęczenie, które przychodzi naturalnie wraz z dystansem. To było raczej wrażenie, jakby każdorazowe lądowanie stopy na asfalcie było twardsze, bardziej „puste”, jakby brakowało amortyzacji. Bardzo szybko dotarło do mnie, że problemem są niestety buty. To był sprzęt, który już swoje przebiegł. Te same buty, w których startowałem w Atenach. Sprawdzone, ale też już mocno „zużyte” i jak się okazało – na granicy swoich możliwości. W Mediolanie tej granicy po prostu nie wytrzymały. Pojawił się ból, sztywność, a wraz z nimi świadomość, że od tego momentu ten bieg nie będzie już radosnym pokonywaniem kolejnych kilometrów, tylko walką o dotarcie do mety. Zwolniłem, licząc, że może uda się trochę „uratować sytuację”, że nogi trochę odsapną, a po 30 kilometrze wrócę do swojego rytmu. Takie rzeczy czasem się zdarzają, więc była jeszcze nadzieja. Niestety, tym razem się nie udało.
Druga połowa biegu to już zupełnie inna historia. Tempo zaczęło spadać, kilometry dłużyły się coraz bardziej, a głowa zaczęła odgrywać dużo większą rolę niż wcześniej. Pojawiały się klasyczne pytania, które zazwyczaj pojawiają się w takich właśnie momentach czyli jak mogłem zrobić taki błąd? Po co mi to było? Czy to ma sens? Czy nie lepiej odpuścić? To nie były jakieś dramatyczne kryzysy, raczej takie spokojne, uporczywe wątpliwości, które pojawiają się przy zmęczeniu i bólu. Z drugiej strony bardzo szybko wracało też myślenie zadaniowe. Skoro już tu jestem, skoro ten bieg wygląda tak, a nie inaczej, to jedyne co mogę zrobić, to go dokończyć. Bez kombinowania, bez szukania wymówek, po prostu krok po kroku i do przodu. W tym momencie nie było już żadnego planu czasowego, była tylko decyzja, żeby dowieźć.
Końcówka to już klasyczne „odklepywanie kilometrów”. Bez większej dynamiki, bez poczucia kontroli nad tempem, raczej skupienie na tym, żeby utrzymać ruch i nie zatrzymać się całkowicie. To jest ta część maratonu, której nie da się oszukać ani przygotowaniem, ani doświadczeniem – można ją tylko przejść (sorry - przebiec ;)). Na mecie pojawił się uśmiech i przede wszystkim ulga. Taka czysta, fizyczna ulga, że to już koniec. Do tego doszła radość, że mimo wszystko udało się ukończyć bieg. Ale zaraz obok była też złość. Na siebie, na decyzję o wyborze butów, na to, że coś, co było dobrze przygotowane, nie zostało dowiezione w pełni.
Patrząc na wynik to jest poprawa względem Aten o ponad pięć minut. To zawsze coś i trudno tego nie docenić. Z drugiej strony mam świadomość, że trasa w Mediolanie była zdecydowanie łatwiejsza, więc potencjał na lepszy rezultat był realny. Stąd ta satysfakcja jest trochę „połowiczna”. Najważniejsza rzecz, którą zabieram z tego biegu, jest bardzo konkretna. Sprzęt ma znaczenie i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. But musi nieść, szczególnie na dystansie maratonu. Nie można zakładać, że skoro coś kiedyś się sprawdziło, to sprawdzi się zawsze. Z drugiej strony, żeby była jasność to absolutnie nie zrzucam winy na buty. To była moja decyzja i tylko ja za nią odpowiadam. Takie rzeczy też są częścią tej drogi.
Bezpośrednio po biegu pojawiła się myśl, że może to na razie koniec maratonów. Zmęczenie zrobiło swoje, emocje też. Ale jak to zwykle bywa, po kilku dniach wszystko zaczyna się układać w głowie inaczej. Wraca dystans, wraca też gdzieś chęć, żeby jeszcze, w niedalekiej przyszłości, do tych 42 kilometrów z małym haczykiem wrócić. Na razie jednak plan jest trochę inny. Trochę mniej startów a jeśli już, to krótsze dystanse czyli półmaraton, dyszka, a może coś innego? Na pewno przyda się trochę oddechu i dystansu. A potem zobaczymy.
Sam Mediolan jako impreza biegowa wypadł dobrze, choć moim zdaniem nie przebił Aten, które dla mnie są organizacyjnym topem. Nie ma jednak co wybrzydzać. Na trasie punkty odżywiania działały sprawnie, fajna trasa no i kibice, którzy jak już wspomniałem na początku robili mega fajny klimat.
Na koniec zostaje jedna myśl, która dobrze podsumowuje ten start. Plany są potrzebne, ale trzeba umieć spojrzeć na to, co dzieje się tu i teraz. I przyjąć to z pokorą. Mimo, że mam spory niedosyt związany z tym startem, to bardzo się cieszę, ze mogłem pobiec w mediolańskim maratonie. To bardzo cenne doświadczenie, z którego na pewno wyciągnę odpowiednie wnioski. I na pewno się nie poddam.
Robię swoje! Biegnę dalej!
fot. GetPica
fot. GetPica
fot. GetPica
fot. GetPica
fot. GetPica
fot. GetPica




































