Robię swoje
Pierwszy wpis w tym roku. Trochę późno - wiem. Ale czasami cisza też jest częścią treningu. Czasami zamiast pisać, lepiej po prostu robić swoje. Kilometr po kilometrze.
Ten rok zaczął się inaczej niż poprzednie. Bez snucia wielkich planów za kolejnymi startami. Bez presji, że trzeba być wszędzie. Tym razem postawiłem na coś, co z wiekiem zaczyna mieć coraz większą wartość – spokojne budowanie formy i słuchanie własnego organizmu.
Nie rezygnuję ze startów. Dalej je uwielbiam. Ale w tym roku podchodzę do nich nieco inaczej. W poprzednich latach bywało tak, że rodzinny kalendarz musiał dopasować się do mojego biegowego. W tym roku chciałem, żeby było trochę odwrotnie. Bo przecież bieganie ma dawać siłę do życia, a nie je organizować od A do Z (chociaż wiem, że niektórzy tak żyją i to też jest jak najbardziej spoko).
Ale też nie jest tak, że nie nic się nie będzie działo. Ten sezon, a w zasadzie jego pierwsza część ma swój bardzo konkretny cel. Mediolan. Mój trzeci maraton. I może właśnie dlatego podchodzę do niego inaczej niż do poprzednich. Spokojniej. Bez szukania cudów. Bardziej bazując na doświadczeniu niż na ambicji. Wiem już jak wygląda przygotowanie. Wiem jak smakuje kryzys. Wiem też jaką satysfakcję daje dotarcie do mety. Nie muszę już nic nikomu udowadniać. Chcę po prostu dobrze przeżyć ten bieg.
Przygotowania od początku roku to była bardziej spokojna, systematyczna praca niż fajerwerki. Zwykłe treningi robione w zwykłe dni. Czasami z energią, czasami na charakterze. Były też momenty zmęczenia, kiedy człowiek zastanawia się czy to ma sens - ale każdy, kto biega długo wie, że to normalna część drogi. Było też trochę urozmaicenia. Zamiast jednego długiego wybiegania spontaniczny wyjazd w Pieniny i solidne wejście na Trzy Korony. Inny wysiłek, inne mięśnie, ale ta sama myśl, że to wszystko zaprocentuje.
Najbardziej jednak cieszy mnie coś innego. Nie tempo. Nie dystanse. Tylko to, że dalej zwyczajnie lubię wyjść pobiegać. Bez ciśnienia. Dla głowy. Dla siebie. Teraz wchodzę już powoli w ten decydujący moment przygotowań, który każdy maratończyk zna. Treningu jest trochę mniej, ale w głowie coraz więcej myśli o starcie. Wyobrażasz sobie trasę. Atmosferę. Pierwsze kilometry. I ten moment, kiedy zostajesz sam ze sobą i swoim rytmem. Mediolan jak już wspomniałem, będzie moim trzecim spotkaniem z maratonem. I chyba właśnie dlatego czuję bardziej ciekawość niż stres. Bo wiem, że maraton zawsze coś sprawdza i nie są to tylko nogi.
Za moment Wielkanoc. Dobry moment, żeby trochę zwolnić, złapać oddech, spędzić czas z rodziną i… trochę naładować baterie przed startem. Bo w maratonie tak jak w życiu, regeneracja jest tak samo ważna jak praca. Dlatego wszystkim, którzy tu zaglądają życzę spokojnych, dobrych Świąt. Takich z czasem dla bliskich, z odrobiną ruchu i bez wyrzutów sumienia przy świątecznym stole. Forma nie ucieknie. A wypoczęta głowa potrafi więcej niż zmęczone nogi.
A ja? Ja kończę już ten etap przygotowań. Zrobiłem tyle ile mogłem. Teraz czas zaufać pracy wykonanej przez ostatnie miesiące. I naprawdę… nie mogę się już doczekać, żeby znów stanąć na starcie. Bo prawda jest taka, że maraton zaczyna się dużo wcześniej niż na linii startu. Zaczyna się w zimowe poranki, kiedy nie chce się wyjść. W dni, kiedy trening trzeba wcisnąć między obowiązki. W momentach, kiedy nikt nie widzi pracy, która później pozwala cieszyć się biegiem. I może właśnie to w tym wszystkim jest najpiękniejsze. Że to nie jest historia o jednym dniu. To jest historia o drodze. O cierpliwości. O systematyczności. O tym, że nawet po czterdziestce można dalej mieć cele, które trochę przerażają, ale jeszcze bardziej motywują. Bo wynik kiedyś się zapomni. Medal trafi do szuflady. Ale drogi, którą się przeszło, żeby tam stanąć nikt nie zabierze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz