Falstart

Falstart

A miało być tak pięknie… śpiewał kiedyś zespół Elektryczne Gitary. Mimo że nie jestem wielkim entuzjastą zespołu Kuby Sienkiewicza, to tekst ich piosenki jak znalazł pasuje do aktualnej sytuacji biegowej.

Jeśli czasem zerkacie na mój Instagram, mignęła Wam zapewne moja facjata (która to już z kolei?) ciesząca się z nadejścia Nowego Roku. Miało być biegane, miało być łapanie formy i w ogóle miało być zaje…ście. Właśnie – miało... Gdy wszystko szło jak należy, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba pojawiły się bóle w okolicach lewego biodra. Pomny mych ubiegłych doświadczeń zaprzestałem (myślałem, że na chwilkę) biegania i czym prędzej skonsultowałem temat ze specjalistą. Nie żebym był miętki, ale przyznam szczerze – bóle były dość niepokojące i strach w tyłek zajrzał na serio. Nie wchodząc w szczegóły – bioderko przeciążone, wymagana przerwa no i obowiązkowy serwis. Za mną już kilka sesji, ból póki co nie dokucza i mam ogromną nadzieję, że w końcu będzie dobrze. Powrót na pewno nastąpi, będzie on jednak stopniowy i zgodny z zaleceniami. Póki co, nie zasypiam gruszek w popiele i ile tylko mogę, staram się działać w chałupniczo – ćwiczenia, rozciąganie, spacery itp. 

Kiedy tak właśnie człowieka łapie kolejna przeszkoda, do bańki przychodzą rozmaite myśli i przemyślenia. Najważniejsze jest jedno – wrócę, to nie ulega wątpliwości. Nie pierwszy wszak to uraz, pewnie też nie ostatni (tfu, tfu). Mimo przeszkód nic się nie zmienia, a mój cel – biegać i czerpać z tego radość –  jest cały czas aktualny. 


Do roboty!!!

Do roboty!!!

Znowu to samo... Od ostatniego poczynionego przeze mnie postu minęło mnóstwo czasu. Przez dobre kilka miesięcy na blogu hulał wiatr pustki i niebytu. Weny nie było, z bieganiem też tak sobie i w ogóle jakoś tak… dziwnie.

Co warto obejrzeć na Netflixie czyli Seba poleca

Co warto obejrzeć na Netflixie czyli Seba poleca


Każdy z nas walczy w domowych pieleszach by nie zwariować w tej całej sytuacji związanej z koronawirusem. Szukamy sposobu na ten niełatwy czas - gramy w planszówki, bawimy się, wygłupiamy, surfujemy po necie, czytamy książki. Co jednak robić, gdy jesteśmy wystrzelani jak bezpieczniki i najchętniej zrelaksowalibyśmy się na kanapie z kubeczkiem ulubionego napoju. Człowiek chętnie zwiesiłby oczy na jakimś ciekawym filmie tudzież serialu. Tu z pomocą przychodzi Netflix. Przyznam, że sporo czasu trwało zanim zdecydowałem się wejść w posiadanie dostępu do tej rozrywkowej platformy. W końcu jednak się przekonałem i od kilku miesięcy cieszę się możliwością oglądania interesujących filmów i seriali. 

Nie mam ściśle sprecyzowanych i ulubionych gatunków, które oglądam pasjami. Po prostu, jak coś mnie zainteresuje, ktoś coś poleci – włączam i oglądam. W ostatnim czasie ogarnąłem kilka fajnych tytułów i w tym poście chciałbym Wam nieco o nich napisać. W ramach totalnego "offtopiku" 


Odkąd pamiętam, zawsze byłem entuzjastą dobrych produkcji dokumentalnych i od dwóch netflixowskich dokumentów chciałbym zacząć. Oba dotyczą tematyki sportowej – „Formuła 1 – jazda o życie” i „Sunderland – aż po grób”. Pierwszy dokument, jak sama nazwa wskazuje dotyczy świata wyścigów Formuły 1. Dodam, że świata nieco dla mnie kosmicznego (bo F1 dla mnie to zawsze Senna, Prost, Mansell, Hill, Berger i inni) i odległego. Poznajemy tu od kuchni zespoły biorące udział w tych elitarnych wyścigach. Co ciekawe, na to środowisko patrzymy oczami dyrektorów zarządzających poszczególnych teamów, ich kierowców i właścicieli. Obserwujemy ich codzienną pracę, ich rozterki, dylematy i rzecz jasna problemy. Dokument ten pokazuje również jak bardzo bezwzględne i bezkompromisowe jest to środowisko. Dla fanów szeroko pojętego motosportu pozycja obowiązkowa. 


Druga z wymienionych produkcji weszła mi niesamowicie. Bardzo bliska jest mi tematyka klubów sportowych, jednak nie w ujęciu sportu samego w sobie ale bardziej jako organizacji sportowej, struktury jej działalności na wszystkich możliwych szczeblach. Zwłaszcza, że znaczną cześć swojego zawodowego życia spędziłem właśnie w klubie piłkarskim. W produkcji Netflixa o tym zasłużonym dla wyspiarskiej piłki klubie piłkarskim mamy prawdziwe, angielskie futbolowe mięsko. Nie chcę spojlerować, ale w tym dokumencie mamy dotkniętą bardzo szczegółowo każdy element działalności klubu – od szatni przez kuchnię (dosłownie), administrację, ośrodek szkoleniowy, zarząd, właścicieli na kibicach rzecz jasna skończywszy. W serialu tym mamy wrażenie, że oglądamy dokument o naszym klubie, wchodzimy w głąb jego struktury. Poznajemy jego bolączki, problemy z jakimi borykają się wszyscy jego pracownicy i co wkurza kibiców.  Niesamowitym zbiegiem okoliczności jest fakt, że pierwsza seria była kręcona w sezonie zaraz po spadku klubu z Premier League, kiedy wszyscy myśleli o powrocie do elity. Rzeczywistość okazała się z goła inna i klub… zresztą obejrzyjcie sami. 

Obie produkcje są bardzo do siebie podobne i mimo że dotyczą tak różnych dyscyplin sportowych, to znajdujemy w nich bardzo podobne elementy. Jeśli lubicie dokumenty dotykające tematyki sportowej, nie możecie obok nich przejść obojętnie.

Dobra, dość o serialach. Pora na porządny film. Surfując po bezkresie internetu trafiłem na krótką recenzję filmu Brud (The Dirt) czyli fabularyzowaną biografię zespołu Mötley Crüe – legendarnej amerykańskiej kapeli grającej nieco ostrzejszą odmianę rocka. Jeśli o nich nie słyszeliście, to  zapewno słyszeliście o ich perkusiście - Tommym Lee, który oprócz tłuczenia w bębny ma na koncie małżeństwa ze znanymi aktorkami Heather Locklear i TĄ Pamelą Anderson. Zostawiając jednak pudelkowe klimaty… Brud to naprawdę fajnie pokazana historia zespołu, który w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia był na światowym topie. Panowie nie tylko mocno grali ale również grubo potrafili się zabawić. W filmie mamy wszystko – trochę komedii, trochę sensacji,  dramatu i sporo dobrej muzy – słowem, w tym filmie jest wszystko. Dosłownie i w przenośni o czym przekonacie się po scenie z legendarnym Ozzym Osbournem ;) Film ogląda się bardzo dobrze, jest on niesamowicie odwzorowany względem rzeczywistości o czym można przekonać i znaleźć potwierdzenie podczas napisów końcowych. Jeśli lubicie mocniejszą muzykę rockową to jest to pozycja obowiązkowa. Zresztą myślę, że i nie tylko fanom rocka ów film się spodoba. Spotkałem się z opinią, że jest to najlepszy muzyczny film biograficzny ostatnich lat, lepszy nawet od kultowego już Bohemian Rhapsody. Czy tak jest faktycznie? To już pozostawiam Wam – zobaczycie i ocenicie.

Netflix to naprawę fajna sprawa i każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Ja już zacieram ręce bo lada chwila – 1 kwietnia rusza druga seria "Sunderland – aż po grób". Oj będzie co oglądać, Football bloody hell :) A Wy korzystacie może z Netflixa? Jakie filmy bądź seriale polecacie?


Zdjęcie pochodzi ze strony www.pixabay.com
Się porobiło...

Się porobiło...

Nie jest lekko prawda? Kilka tygodni temu docierały do nas informacje o pewnym wirusie z Chin. Coś jakby scenariusz rodem z filmu i ogólne przekonanie że do nas to nie dotrze. Było trochę domysłów, trochę rozkminki no i pewnie też troszkę heheszków. Sytuacja znacznie się zmieniła, kiedy media poinformowały o pierwszym przypadku koronawirusa w Polsce jak i tragicznej sytuacji we Włoszech. No i zaczęło robić się poważnie. Domysły stały się bardziej realne a strach coraz mocniej zaczął zaglądać wszystkim w oczy.

Ogólne przeświadczenie że „to mnie nie dotyczy” zaczęło gasnąć jak świeczka na urodzinowym torcie. Każdy coraz bardziej zaczął sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. W pewnym momencie zaczął się nawet szturm na sklepy, celem poczynienia odpowiednich zapasów. Nie sądziłem, że w moim życiu będę świadkiem sytuacji gdy papier toaletowy stanie się obiektem tak wielkiego pożądania. Przynajmniej w internetach, bo póki co na półkach sklepowych w moim mieście nie zauważyłem deficytu tego asortymentu. Niemniej jednak historie o braku czegokolwiek w sklepach znałem jedynie z opowieści rodziców.

Nie o braku papieru czy sytuacji w sklepach chciałbym jednak napisać. Myślę że w sieci jest już mnóstwo wszelkiego rodzaju informacji, prognoz, spekulacji i innych artykułów dotyczących koronawirusa i tematów pośrednich, że nie ma sensu zawalać wirtualnego świata kolejnym, wątpliwej fachowości wywodem.

Wśród biegaczy toczy się dyskusja – biegać czy nie biegać? Oczywiście większość pisze, biegać! W mojej ocenie i w obecnej sytuacji wydaje mi się że każdy powinien tę decyzję zostawić dla siebie i nie negować przeciwnego wyboru innych osób. Nie będę krytykował osób, które cały czas biegają (oczywiście jeśli robią to zgodnie z zaleceniami – wiecie, poza skupiskami ludzi, w lasach, parkach itp.), ale też nie będę piętnował decyzji osób, które odłożyły bieganie na rzecz domowych ćwiczeń i swego rodzaju ograniczonej aktywności fizycznej. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale w mojej ocenie każdy ma prawo do podjęcia decyzji zgodnie ze swoimi przekonaniami i absolutnie nie godzę się na krytykę jednej czy drugiej opcji.

Jak to wygląda u mnie? Póki co odpuściłem wyjścia biegowe na rzecz ćwiczeń domowych, które swego czasu, przyznaję się bez bicia, zaniedbałem. Choć niesamowicie mnie nęci, żeby w końcu wyjść i zrobić kilka kilometrów, to nie zamierzam robić czegoś na siłę, wbrew sobie i swoim przekonaniom tylko po to, by udowodnić jakim jestem zaje…tym biegaczem, jak napierdzielam kolejne kilometry i jak głęboko mam tego całego wirusa. Otóż nie, nie mam. Nie zamierzam także siać paniki ale najzwyczajniej w świecie, tak po ludzku martwię się o moich bliskich i do niezbędnego chcę zniwelować ryzyko. Dziwne? Chcę się bawić bieganiem, czerpać z tego radość i wiem że już niebawem nadejdzie taka chwila, kiedy znów odzieję się w mój uniform i z uśmiechem będę przemierzać kolejne kilometry.

Póki co, trzymajcie się w zdrowiu, dbajcie o siebie i bliskich, słuchajcie zaleceń, nie okłamujcie medyków i #zostańwdomu :) PEACE!!!

Ilustracja pochodzi ze strony www.pixabay.com
Bieg Tropem Wilczym

Bieg Tropem Wilczym

Od dziesięciu lat pierwszego dnia marca obchodzimy w Polsce Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. W całym kraju odbywają się rozmaite uroczystości patriotyczne, a jednym z bardzo istotnych punktów tego dnia jest bieg Tropem Wilczym – największy bieg pamięci w Polsce. Po zeszłorocznej absencji, w tym roku znów stanąłem na starcie tej imprezy, która w moim mieście przeszła znaczną metamorfozę. 
Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger