Bieg Trzech Króli czyli piąteczka w Łodzi

Bieg Trzech Króli czyli piąteczka w Łodzi



Łódzki Bieg Trzech Króli znajdował się w obszarze moich zainteresowań od dawna. Niestety jakoś tak się nigdy się nie udało planu zrealizować i dotrzeć na początku stycznia do Manufaktury. Aż do teraz.

Jak było? Jak będzie?

Jak było? Jak będzie?

No i mamy rok 2020. Śmiałym krokiem wkroczyliśmy w lata dwudzieste XXI wieku. Nowy Rok to z reguły początek czegoś nowego. Zagłębiamy się w noworocznych postanowieniach, planujemy przyszłość i w ogóle zaczynamy nasze życie w pewnym sensie, oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji od nowa. 

Zanim zdradzę Wam moje „plany” i „postanowienia” troszkę o tym co było, czyli małe podsumowanko biegowego roku ubiegłego. Nie był to może idealny rok, ale i tak nie ma co narzekać. Za mną kilka fajnych startów, dobrych kilkaset wybieganych kilometrów i… oczywiście małe poczucie niedosytu bo już tak mam, że zawsze chciałbym więcej, mocniej. W 2019 roku ośmiokrotnie stanąłem w szranki rywalizacji podczas zawodów. Trzykrotnie zmierzyłem się z dystansem 10 km (Bieg Nocny, Bieg Ulicą Piotrkowską i Kleszczowska Dziesiątka) i dwa razy pobiegłem na 5 km (Bieg Rekreacyjny i Kleszczów na 5). Trzy razy wystartowałem na niestandardowych dystansach – 13 km podczas Leśnej Nagonki, 15 km Bełchatowskiej Piętnastki oraz 7,5 km Biegu Świątecznego w pobliskim Ruścu i przy tym biegu chciałbym na chwilkę się zatrzymać. Był to mój ostatni Bieg w 2019 roku. Jako że odbył się on między Świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem wiadomym było, że będzie to bieg luźny, lajtowy i bez specjalnego parcia na wynik. Bieg świąteczny, to i forma też takowa musiała być (i była :P). Co do samego biegu prowadził on w większości leśnymi duktami i co warte podkreślenia, trasa była bardzo dobrze oznaczona i zabezpieczona. Można w niewielkiej miejscowości zrobić fajny i dobrze zorganizowany bieg? Pewnie że można! Po niespełna trzech kwadransach melduję się na mecie, odbieram medal i kończę biegowy rok 2019. Jak już powyżej wspomniałem. Nie był on jakiś specjalnie spektakularny, ale też nie ma co narzekać, bo przecież zawsze mogło być gorzej. Żałuję że nie udało mi się ogarnąć żadnego półmaratonu, ale nic to. Odbiję sobie to w tym roku.

Chciałbym, aby ten rok był zdecydowanie lepszy biegowo od poprzedniego ale od razu zaznaczę, że nie zamierzam się też cisnąć i spinać by śrubować rekordy. To już mam za sobą. Pewnie wielokrotnie wspominałem, że chcę bawić się bieganiem, czerpać z tego radość i pozytywne emocje. Pierwsze kroki ku temu poczyniłem zapisując się na Bieg Trzech Króli w Łodzi (z którego już wkrótce mała relacja) i Pabianicki Półmaraton. Tak, wracam na tę trasę, bo mam tam pewne rachunki do wyrównania ;). W zakładce "Planowane Biegi" znajdziecie w miarę aktualną listę biegów w których planuję wystartować. Są tam biegi na które już opłaciłem start jak również te, do których się sposobię. Lista biegów będzie na bieżąco aktualizowana. Mam nadzieję, ba jestem święcie przekonany, że będzie to biegowo fajny rok. Oczywiście jeśli zdróweczko pozwoli.

Na początku posta wspomniałem o noworocznych postanowieniach. Pewnie jakieś macie, prawda? Przyznam się, że ja także wyznaczyłem sobie małe noworoczne postanowienie. Chociaż właściwiej będzie jeśli napiszę, iż wyznaczyłem sobie cel. Jest nim… redukcja wagi. Tak wiem, jest to pewnie najczęstsze postanowienie noworoczne wypowiadane przez ludzi na wszystkich kontynentach. A tak serio, zamierzam trochę mocniej nad tematem moich kilogramów się pochylić, bo niby wszystko jest fajnie, pięknie ale czuję że jeszcze trzeba trochę z tego dobra odjąć. Teraz tylko zakasać rękawy i ogień!!!

Oczywiście w Nowym Roku życzę Wam realizacji wszystkich planów i postanowień no i naturalnie nieustającego zdrówka, bo jak ktoś mądry powiedział jak jest zdrówko to jest wszystko. Nie sposób się z tym nie zgodzić, chociaż trochę szczęścia też się w życiu przyda, nieprawdaż? 

XXIII Bełchatowska Piętnastka

XXIII Bełchatowska Piętnastka

Zanim przejdę do meritum niniejszego wpisu, w ekspresowym tempie kilka słów o tym co się wydarzyło w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Tak, mam świadomość swoistego osierocenia bloga na parę miesięcy kosztem Facebooka i Instagrama, ale pora wrócić do korzeni i miejsca w sieci od którego tak naprawdę wszystko się zaczęło. 
Jak zapewne wiecie z moich profili w mediach społecznościowych od bełchatowskiego Biegu Nocnego zaliczyłem bieg Ulicą Piotrkowską, Leśną Nagonkę, Bieg Rekreacyjny i kleszczowskie biegi na 5 i 10 km. Nie jest to jakiś spektakularny wyczyn ale przecież lepszy rydz niż nic. Starczy tej rozkminy nad tym co było. Liczy się tu i teraz 😉
Bełchatowska Piętnastka – biegowe święto mego miasta.
Na sztandarowy bieg mojego miasta czekałem z ogromną niecierpliwością. Bełchatowska Piętnastka od dawna weszła do kanonu najważniejszych imprez biegowych województwa łódzkiego i jest składową cyklu Biegów o Puchar Marszałka województwa łódzkiego. Zapowiadała się więc bardzo przyzwoita biegowa uczta.
Trasa tegorocznej Piętnastki nie uległa zmianie w stosunku do wcześniejszych edycji. Z jednej strony dobrze – znając trasę, można odpowiednio rozplanować sobie bieg. Z drugiej zaś strony fajnie by było czasami wprowadzić coś nowego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nowa trasa wymaga sporo nakładów pracy i organizacji rozmaitych służb, ale może warto spróbować?
W sobotę a więc dzień przed biegiem śmigam do biura zawodów celem odbioru pakietu startowego. Młode wolontariuszki świetnie ogarniały tematy organizacyjne, będąc przy tym niesamowicie komunikatywne i sympatyczne. Brawo! Podpisawszy oświadczenia odbieram numer i … no właśnie – pakiet? pakiecik? pakieciątko? Szczerze mówiąc byłem troszkę w szoku. Numer, zwrotny chip, smyczka i mini apteczka od jednego ze sponsorów. Jak na biegowe święto Bełchatowa – średnio. Nie jestem typem, który zapisuje się na biegi wyłącznie by zebrać darmowe gadżety. Niemniej jednak przyjemnie jest, gdy pakiet stoi na przyzwoitym poziomie. Jak zauważył jeden z moich biegowych znajomych – w dużo mniejszych i mniej zamożniejszych miejscowościach pakiety startowe są znacznie atrakcyjniejsze. Temat z całą pewnością do przemyślenia przez organizatorów, bo trąciło trochę malizną.
Niedzielny, przedbiegowy poranek to tradycyjnie energetyczne śniadanko i ładowanie akumulatorów. Godzinkę przed biegiem śmigam na Halę Energia, która od lat jest bazą biegu. Wbijam się w swój uniform, w międzyczasie zamieniając kilka słów z biegaczem z Zelowa (pozdrawiam Marcin!). Tu fajna niespodzianka, podczas rozmowy ów kolega zagadnął, że mnie kojarzy i zna :) Mega sympatyczna akcja. Oddaję ciuchy do depozytu i śmigam na rozgrzewkę, podczas której nie może zabraknąć spotkań i rozmów z napotykanymi znajomymi.
Punktualnie o godz. 12:00 na trasę ruszają pierwsi zawodnicy #B15. Moim zdaniem niezłym pomysłem było wypuszczanie poszczególnych stref co 30 sekund. Moja była trzecia, więc chwilkę po 12:00 ruszyłem by ponownie zmierzyć się z 15 kilometrową trasą. Miałem z nią do wyrównania małe rachunki z zeszłego roku, kiedy z bolącą nogą biegłem niemal cały dystans. Szczęśliwie tym razem nic złego się nie wydarzyło i mogłem oddać się przyjemności biegania ulicami mojego miasta.
Od samego startu biegło mi się wyjątkowo swobodnie. Może to zasługa nastawienia, które zakładało luźny bieg, bez zbędnej spiny i udowadniania komukolwiek czegokolwiek. Chciałem po prostu przebiec ten bieg tak, jak umiem najlepiej ale nie za wszelką cenę. Przyznam, że pogoda była tego dnia po mojej stronie. Zapewne wielokrotnie wspominałem, że wolę biegać gdy temperatura jest niższa. Tak było w niedzielne wczesne popołudnie. Jeśli mam być szczery był to bieg, w którym najzwyczajniej w świecie biegło mi się bardzo przyjemnie. Oczywiście były miejsca, w których było ciężko jak podbiegi czy strefy gdzie wiejący wiatr solidnie dał się we znaki. Te przeciwności nie były jednak na tyle straszne, by mogły mnie jakoś złamać czy wybić z rytmu.

Sam bieg zleciał migusiem. Nim się obejrzałem biegłem już na ostatniej prostej prowadzącej do mety. Kilkadziesiąt metrów przed nią, doskakuje do mnie Kingusia i wspólnie pokonujemy ostatnie metry biegu. Wbiegamy na metę i jest radość. Radość, że znów mogłem pobiec, radość że było super fajnie i radość, że mogłem tę chwilę dzielić z moimi dziewczynami. Dla takich chwil warto żyć! Kilkanaście minut po biegu otrzymuję smsa z oficjalnym czasem – 1:23:49. Tu niespodzianka, bo jest to moja nowa życióweczka na tym dystansie. Takie bieganie to ja rozumiem :)

Co dalej?
Nie ukrywam, że małe plany na najbliższą przyszłość jakieś są. Póki co, zapisałem się na Bieg Świąteczny w Ruścu który odbędzie się 29 grudnia. Może wcześniej trafi się jeszcze jakaś fajna impreza biegowa? Powoli przymierzam się również do przyszłorocznych planów biegowych. Gdzieś tam po głowie latają rozmaite pomysły i koncepcje, które teraz trzeba będzie wcielić w życie. O szczegółach będę informował na fejsie, insta no i postaram się tutaj, na blogasku.



Miasto moje a w nim...

Miasto moje a w nim...

Czasami bywa tak, że doceniamy coś co jest gdzieś daleko, nie zwracając uwagi na rzeczy czy miejsca, które mamy na wyciągnięcie ręki. W pewne majówkowe, późne popołudnie natchnęło mnie by wsiąść na rower i objechać okolicę Bełchatowa jak i samo miasto. Chciałem zobaczyć, co się zmieniło, jak obecnie wygląda moje miasto i jego okolice oraz przypomnieć sobie miejsca, z którymi wiążą się fajne wspomnienia. Jako że podróże lubię bardzo a i na blogu jest wszak dedykowana ku temu zakładka można było coś nowego uskutecznić.
Zapraszam na małą fotograficzną wycieczkę po Bełchatowie i okolicach uwiecznioną aparatem średniej klasy telefonu komórkowego ;)











P.S. Co jakiś czas postaram się wrzucać w zakładce "Podróże" foteczki z rozmaitych wypraw, zarówno tych biegowych jak i całkiem prywatnych. Mam nadzieję, że zyskają one Wasze uznanie.

Nie śpię - biegam!

Nie śpię - biegam!


Pierwszy kwartał 2019 przeszedł do historii. Pod względem biegowym nie był on dla mnie tak intensywny jak analogiczny w roku ubiegłym. Nie chcę się w żaden sposób tutaj usprawiedliwiać czy szukać wymówek ale zastanawiałem się ostatnio, czym to jest spowodowane?

W poprzedni rok wchodziłem z zaplanowanym już startem maratońskim. Pamiętacie pewnie, wielki cel, wielkie marzenie no i wielkie przygotowania. W tym roku nie planuję startu w maratonie to może i motywacja trochę zjechała w dół. Dobra, maratonu w tym roku raczej nie będzie, ale będą półmaratony i dyszki no i pewnie wpadną jakieś inne, interesujące i fajne biegi.

Pierwszy tegoroczny start już za mną. Jeśli śledziliście mojego Instagrama czy profil na fejsie to nie umknął Waszej uwadze start w 3. Bełchatowskim Biegu Nocnym. Impreza, w której brałem udział w roku ubiegłym miała swoją kontynuację także i w tym. Naturalnym było więc, że i tym razem stanę na linii startu. Różnica między zeszłoroczną a tegoroczną edycją polegała na tym, że tak naprawdę teraz nie wiedziałem czego się spodziewać. Innymi słowy – w jakim miejscu z tym moim bieganiem po powrocie po kontuzji jestem. Miałem świadomość, że nie wybiegałem tego co mogłem, dlatego też stresik delikatny był. 

27 dzień kwietnia - dzień startu, a im bliżej godziny 21 tym emocje głośniej dawały o sobie znać. Tradycyjnie już jak to na biegach w Bełchatowie rozmowy ze znajomymi i rozgrzewka. Punktualnie o godz. 21 ponad 300 biegaczy rusza na 10 km trasę prowadzącą ulicami Bełchatowa do Dobiecina i z powrotem. Pogoda tego wieczora była bardzo pomyślna – nie padało, było przyjemnie rześko i wiaterek też nazbyt nie przeszkadzał. Nic tylko biec.

Tradycyjnie na początku jest troszkę ciasno, ale po niespełna 2 km stawka rozciąga się na tyle, ze można wejść na swoje obroty i cisnąć swoim tempem. Jeśli już o tempie mowa - zachowawczo ustawiłem sobie 5:40, gdyż nie chciałem się za mocno wystrzelać tym bardziej, iż jak już wspomniałem był to mój pierwszy start w tym roku. Rzeczywistość okazała się jednak pomyślna bowiem udało mi się biec tempem w granicach 5:30. Nieśmiało planowałem w tym biegu pobiec poniżej 55 minut. Może niezbyt rekordowo, wiem ale … (patrz powyżej ;) )

Najfajniejszym odcinkiem biegu był dla mnie ten zaraz po agrafce. Czułem, że nogi fajnie niosą i moc jest ze mną. Wszystko poszło się paść na podbiegu w okolicach 7 -8 kilometra. Niby podbieg niezbyt ostry, ale dość rozległy i mocno dał w kość. Nauczony doświadczeniem z roku ubiegłego, wiedziałem że będzie ciężko i faktycznie było. Nic nie trwa jednak wiecznie i po kilkuset metrach podbieg zostawiam za plecami. Uffff.

Na półtora kilometra przed metą urywa się grupa biegnąca przede mną. Miałem dwa wyjścia – albo gonić albo biec swoim rytmem. Wybieram to drugie i do mety biegnę samotnie. Cholernie mi się podoba moment wbiegnięcia na Plac Narutowicza. Fajna sceneria, żywiołowi kibice i to co dla biegacza najważniejsze – meta. Kątem oka spoglądam na zegar, który wybija czas 55:05. Oczywiście był to czas brutto zatem jestem pewien, że udało mi się spełnić zakładane założenie – zejść poniżej 55 minut. Mój osobisty czasomierz poinformował, iż ukończyłem bieg z czasem 54:39. Pozostaje jeszcze potwierdzić to po otrzymaniu oficjalnego wyniku. Ten jest o dwie sekundy lepszy. 54:37 to mój oficjalny czas i mimo że gorszy od ubiegłorocznego o około półtorej minuty to jestem z niego zadowolony.

Co dalej? Maj będzie dla mnie dość mocno biegowym miesiącem. 18 pobiegnę w Leśnej Nagonce w Kole k/Piotrkowa Trybunalskiego a 25 maja Bieg Ulicą Piotrkowską Rossmann Run. Być może dojdzie jeszcze start 11 maja, ale będzie to maksymalnie 5 km. Żałuję, że w tym roku nie będzie mi dane stanąć na starcie Gminnej ZaDyszki. Cóż, czasami tak bywa. 




P.S. W zakładce „Planowane biegi” możecie zobaczyć imprezy, w których planuję wystartować. Zresztą na Instagramie czy Facebooku staram się w miarę na bieżąco informować co, gdzie i jak ;)
Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger