Znów na starcie!

Znów na starcie!

 

W końcu! Po kilkunastu miesiącach startowej posuchy nareszcie stanąłem na starcie zorganizowanej imprezy biegowej. Nie wirtualnej czy korespondencyjnej imprezie… PRAWDZIWEJ! Nie macie pojęcia, jak za tym tęskniłem i jak mi tego brakowało!

Moja radość była tym większa, iż niewiele zabrakło żebym wcale nie wziął w niej udziału. Pierwotnie XVIII Rossmann Run – Bieg Ulicą Piotrkowską miał odbyć się wiosną ubiegłego roku. Wiadomo jednak co odwaliło się w ostatnim czasie. Koronawirus skutecznie pokrzyżował szyki całemu światu, więc i organizatorom biegów także. Nie wdając się jednak w zbędne kwestie, ostatecznie ubiegłoroczny Bieg Ulicą Piotrkowską został zorganizowany 18 września 2021. Pierwotnie termin ten niezbyt mi odpowiadał z uwagi na sprawy osobiste. Koniec końców plany uległy zmianie i tak naprawdę na dwa dni przed startem zdecydowałem że do Łodzi pojadę i pobiegnę. 

Nie miałem bladego pojęcia jak to wszystko będzie wyglądało w ujęciu mojej formy biegowej, bowiem tak naprawdę do poważnego biegania wróciłem z początkiem września. O ile lipiec był jeszcze całkiem znośny, to sierpień był miesiącem praktycznie bez żadnego biegania (były za to inne aktywności). Sami widzicie, że moje obawy były całkiem zasadne. Wielkich planów na ten bieg nie miałem, po cichu licząc na złamanie 60 minut. Gdyby się udało – czad. Jeśli nie – cóż, żyje się dalej.

Do miasta włókniarzy udaję się sam, gdyż przeziębienie skutecznie rozłożyło mój team na łopatki. Cóż, trzeba było sobie jakoś poradzić, tym bardziej że pogoda nie nastrajała zbyt optymistycznie. Przez całą drogę do Łodzi lał deszcz i gdzieś z tyłu głowy chodziły myśli, że bardziej aniżeli bieg będzie to walka o przetrwanie ;) Na szczęście w samej Łodzi deszcz troszkę zelżał, dzięki czemu można było spokojnie przygotować się do startu. Jeszcze tylko odbiór pakietu (jak zwykle bardzo sprawny). Mała rozgrzewka i ruszamy. Miałem to szczęście, że zapisałem się do 6 strefy czasowej (60:00 i powyżej) dzięki czemu start miałem na samym początku – czyli o godz. 16:00. Dlaczego szczęście zapytacie? Ano dlatego, że praktycznie przez cały bieg praktycznie wcale nie padało (może delikatnie mżyło) za to na ostatnim kilometrze deszcz zaczął sobie coraz śmielej poczynać, by podczas odbioru medali zamienić się w regularną ulewę. Biegnący w tym czasie zawodnicy z kolejnych stref musieli zatem zmagać w średnio przyjemnych okolicznościach.

Sam bieg muszę przyznać był całkiem przyjemny. Liczyłem, że moje tempo oscylować będzie w granicach 6:00 6:20, ale gdy spoglądałem na zegarek, ten z każdym kilometrem wybijał czas w okolicach 5:40. Na początku bałem się że może za mocno zacząłem, ale z każdym kilometrem szło równie dobrze. Sama trasa bardzo fajna a mnie jak zwykle najbardziej podobało się na samej Piotrkowskiej. Bieg po tej najbardziej znanej łódzkiej arterii robi na mnie zawsze mega wrażenie. Były także ciężkie odcinki – najbardziej się we znaki dał mi podbieg między 8 a 9 km. Oj, było dość ciężko. Niestety, nie obyło się również bez średnio przyjemnej sytuacji, która była poniekąd powtórką z poprzedniego Biegu Ulicą Piotrkowską. Po krótce -  na poprzednim biegu, jadąca na sygnale jednostka Straży Pożarnej, nie mogła się przebić przez jezdnię, bowiem część biegnących najzwyczajniej w świecie jej nie przepuściło. W tym roku, miałem podobną sytuację, kiedy jadący na sygnale wóz policyjny nie mógł przeciąć drogi, którą prowadziła trasa biegu. Część biegnących nie zważając na pojazd pomknęła do przodu. Pomny wydarzeń z poprzedniego biegu stanąłem by przepuścić uprzywilejowane auto. Mnie tam kilka sekund w plecy różnicy nie zrobi, a komuś może uratować życie. Warto o tym pamiętać. Po tej akcji ciężko było wrócić do rytmu biegu, ale była to już końcówka więc jakoś się dotuptało. Wbiegam na metę i pełnia szczęścia bo osiągnąłem to na co po cichu liczyłem – złamałem 60:00 minut! Odbieram, medal, napoje, posilam się przepyszną zupką i śmigam do auta bo deszcz nie odpuszczał a na parking kilka minut marszu. Szczęśliwy wracam do Bełchatowa, myśląc już o kolejnych celach mojej biegowej przygody.


Falstart

Falstart

A miało być tak pięknie… śpiewał kiedyś zespół Elektryczne Gitary. Mimo że nie jestem wielkim entuzjastą zespołu Kuby Sienkiewicza, to tekst ich piosenki jak znalazł pasuje do aktualnej sytuacji biegowej.

Jeśli czasem zerkacie na mój Instagram, mignęła Wam zapewne moja facjata (która to już z kolei?) ciesząca się z nadejścia Nowego Roku. Miało być biegane, miało być łapanie formy i w ogóle miało być zaje…ście. Właśnie – miało... Gdy wszystko szło jak należy, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba pojawiły się bóle w okolicach lewego biodra. Pomny mych ubiegłych doświadczeń zaprzestałem (myślałem, że na chwilkę) biegania i czym prędzej skonsultowałem temat ze specjalistą. Nie żebym był miętki, ale przyznam szczerze – bóle były dość niepokojące i strach w tyłek zajrzał na serio. Nie wchodząc w szczegóły – bioderko przeciążone, wymagana przerwa no i obowiązkowy serwis. Za mną już kilka sesji, ból póki co nie dokucza i mam ogromną nadzieję, że w końcu będzie dobrze. Powrót na pewno nastąpi, będzie on jednak stopniowy i zgodny z zaleceniami. Póki co, nie zasypiam gruszek w popiele i ile tylko mogę, staram się działać w chałupniczo – ćwiczenia, rozciąganie, spacery itp. 

Kiedy tak właśnie człowieka łapie kolejna przeszkoda, do bańki przychodzą rozmaite myśli i przemyślenia. Najważniejsze jest jedno – wrócę, to nie ulega wątpliwości. Nie pierwszy wszak to uraz, pewnie też nie ostatni (tfu, tfu). Mimo przeszkód nic się nie zmienia, a mój cel – biegać i czerpać z tego radość –  jest cały czas aktualny. 


Do roboty!!!

Do roboty!!!

Znowu to samo... Od ostatniego poczynionego przeze mnie postu minęło mnóstwo czasu. Przez dobre kilka miesięcy na blogu hulał wiatr pustki i niebytu. Weny nie było, z bieganiem też tak sobie i w ogóle jakoś tak… dziwnie.

Co warto obejrzeć na Netflixie czyli Seba poleca

Co warto obejrzeć na Netflixie czyli Seba poleca


Każdy z nas walczy w domowych pieleszach by nie zwariować w tej całej sytuacji związanej z koronawirusem. Szukamy sposobu na ten niełatwy czas - gramy w planszówki, bawimy się, wygłupiamy, surfujemy po necie, czytamy książki. Co jednak robić, gdy jesteśmy wystrzelani jak bezpieczniki i najchętniej zrelaksowalibyśmy się na kanapie z kubeczkiem ulubionego napoju. Człowiek chętnie zwiesiłby oczy na jakimś ciekawym filmie tudzież serialu. Tu z pomocą przychodzi Netflix. Przyznam, że sporo czasu trwało zanim zdecydowałem się wejść w posiadanie dostępu do tej rozrywkowej platformy. W końcu jednak się przekonałem i od kilku miesięcy cieszę się możliwością oglądania interesujących filmów i seriali. 

Nie mam ściśle sprecyzowanych i ulubionych gatunków, które oglądam pasjami. Po prostu, jak coś mnie zainteresuje, ktoś coś poleci – włączam i oglądam. W ostatnim czasie ogarnąłem kilka fajnych tytułów i w tym poście chciałbym Wam nieco o nich napisać. W ramach totalnego "offtopiku" 


Odkąd pamiętam, zawsze byłem entuzjastą dobrych produkcji dokumentalnych i od dwóch netflixowskich dokumentów chciałbym zacząć. Oba dotyczą tematyki sportowej – „Formuła 1 – jazda o życie” i „Sunderland – aż po grób”. Pierwszy dokument, jak sama nazwa wskazuje dotyczy świata wyścigów Formuły 1. Dodam, że świata nieco dla mnie kosmicznego (bo F1 dla mnie to zawsze Senna, Prost, Mansell, Hill, Berger i inni) i odległego. Poznajemy tu od kuchni zespoły biorące udział w tych elitarnych wyścigach. Co ciekawe, na to środowisko patrzymy oczami dyrektorów zarządzających poszczególnych teamów, ich kierowców i właścicieli. Obserwujemy ich codzienną pracę, ich rozterki, dylematy i rzecz jasna problemy. Dokument ten pokazuje również jak bardzo bezwzględne i bezkompromisowe jest to środowisko. Dla fanów szeroko pojętego motosportu pozycja obowiązkowa. 


Druga z wymienionych produkcji weszła mi niesamowicie. Bardzo bliska jest mi tematyka klubów sportowych, jednak nie w ujęciu sportu samego w sobie ale bardziej jako organizacji sportowej, struktury jej działalności na wszystkich możliwych szczeblach. Zwłaszcza, że znaczną cześć swojego zawodowego życia spędziłem właśnie w klubie piłkarskim. W produkcji Netflixa o tym zasłużonym dla wyspiarskiej piłki klubie piłkarskim mamy prawdziwe, angielskie futbolowe mięsko. Nie chcę spojlerować, ale w tym dokumencie mamy dotkniętą bardzo szczegółowo każdy element działalności klubu – od szatni przez kuchnię (dosłownie), administrację, ośrodek szkoleniowy, zarząd, właścicieli na kibicach rzecz jasna skończywszy. W serialu tym mamy wrażenie, że oglądamy dokument o naszym klubie, wchodzimy w głąb jego struktury. Poznajemy jego bolączki, problemy z jakimi borykają się wszyscy jego pracownicy i co wkurza kibiców.  Niesamowitym zbiegiem okoliczności jest fakt, że pierwsza seria była kręcona w sezonie zaraz po spadku klubu z Premier League, kiedy wszyscy myśleli o powrocie do elity. Rzeczywistość okazała się z goła inna i klub… zresztą obejrzyjcie sami. 

Obie produkcje są bardzo do siebie podobne i mimo że dotyczą tak różnych dyscyplin sportowych, to znajdujemy w nich bardzo podobne elementy. Jeśli lubicie dokumenty dotykające tematyki sportowej, nie możecie obok nich przejść obojętnie.

Dobra, dość o serialach. Pora na porządny film. Surfując po bezkresie internetu trafiłem na krótką recenzję filmu Brud (The Dirt) czyli fabularyzowaną biografię zespołu Mötley Crüe – legendarnej amerykańskiej kapeli grającej nieco ostrzejszą odmianę rocka. Jeśli o nich nie słyszeliście, to  zapewno słyszeliście o ich perkusiście - Tommym Lee, który oprócz tłuczenia w bębny ma na koncie małżeństwa ze znanymi aktorkami Heather Locklear i TĄ Pamelą Anderson. Zostawiając jednak pudelkowe klimaty… Brud to naprawdę fajnie pokazana historia zespołu, który w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia był na światowym topie. Panowie nie tylko mocno grali ale również grubo potrafili się zabawić. W filmie mamy wszystko – trochę komedii, trochę sensacji,  dramatu i sporo dobrej muzy – słowem, w tym filmie jest wszystko. Dosłownie i w przenośni o czym przekonacie się po scenie z legendarnym Ozzym Osbournem ;) Film ogląda się bardzo dobrze, jest on niesamowicie odwzorowany względem rzeczywistości o czym można przekonać i znaleźć potwierdzenie podczas napisów końcowych. Jeśli lubicie mocniejszą muzykę rockową to jest to pozycja obowiązkowa. Zresztą myślę, że i nie tylko fanom rocka ów film się spodoba. Spotkałem się z opinią, że jest to najlepszy muzyczny film biograficzny ostatnich lat, lepszy nawet od kultowego już Bohemian Rhapsody. Czy tak jest faktycznie? To już pozostawiam Wam – zobaczycie i ocenicie.

Netflix to naprawę fajna sprawa i każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Ja już zacieram ręce bo lada chwila – 1 kwietnia rusza druga seria "Sunderland – aż po grób". Oj będzie co oglądać, Football bloody hell :) A Wy korzystacie może z Netflixa? Jakie filmy bądź seriale polecacie?


Zdjęcie pochodzi ze strony www.pixabay.com
Się porobiło...

Się porobiło...

Nie jest lekko prawda? Kilka tygodni temu docierały do nas informacje o pewnym wirusie z Chin. Coś jakby scenariusz rodem z filmu i ogólne przekonanie że do nas to nie dotrze. Było trochę domysłów, trochę rozkminki no i pewnie też troszkę heheszków. Sytuacja znacznie się zmieniła, kiedy media poinformowały o pierwszym przypadku koronawirusa w Polsce jak i tragicznej sytuacji we Włoszech. No i zaczęło robić się poważnie. Domysły stały się bardziej realne a strach coraz mocniej zaczął zaglądać wszystkim w oczy.

Ogólne przeświadczenie że „to mnie nie dotyczy” zaczęło gasnąć jak świeczka na urodzinowym torcie. Każdy coraz bardziej zaczął sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. W pewnym momencie zaczął się nawet szturm na sklepy, celem poczynienia odpowiednich zapasów. Nie sądziłem, że w moim życiu będę świadkiem sytuacji gdy papier toaletowy stanie się obiektem tak wielkiego pożądania. Przynajmniej w internetach, bo póki co na półkach sklepowych w moim mieście nie zauważyłem deficytu tego asortymentu. Niemniej jednak historie o braku czegokolwiek w sklepach znałem jedynie z opowieści rodziców.

Nie o braku papieru czy sytuacji w sklepach chciałbym jednak napisać. Myślę że w sieci jest już mnóstwo wszelkiego rodzaju informacji, prognoz, spekulacji i innych artykułów dotyczących koronawirusa i tematów pośrednich, że nie ma sensu zawalać wirtualnego świata kolejnym, wątpliwej fachowości wywodem.

Wśród biegaczy toczy się dyskusja – biegać czy nie biegać? Oczywiście większość pisze, biegać! W mojej ocenie i w obecnej sytuacji wydaje mi się że każdy powinien tę decyzję zostawić dla siebie i nie negować przeciwnego wyboru innych osób. Nie będę krytykował osób, które cały czas biegają (oczywiście jeśli robią to zgodnie z zaleceniami – wiecie, poza skupiskami ludzi, w lasach, parkach itp.), ale też nie będę piętnował decyzji osób, które odłożyły bieganie na rzecz domowych ćwiczeń i swego rodzaju ograniczonej aktywności fizycznej. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale w mojej ocenie każdy ma prawo do podjęcia decyzji zgodnie ze swoimi przekonaniami i absolutnie nie godzę się na krytykę jednej czy drugiej opcji.

Jak to wygląda u mnie? Póki co odpuściłem wyjścia biegowe na rzecz ćwiczeń domowych, które swego czasu, przyznaję się bez bicia, zaniedbałem. Choć niesamowicie mnie nęci, żeby w końcu wyjść i zrobić kilka kilometrów, to nie zamierzam robić czegoś na siłę, wbrew sobie i swoim przekonaniom tylko po to, by udowodnić jakim jestem zaje…tym biegaczem, jak napierdzielam kolejne kilometry i jak głęboko mam tego całego wirusa. Otóż nie, nie mam. Nie zamierzam także siać paniki ale najzwyczajniej w świecie, tak po ludzku martwię się o moich bliskich i do niezbędnego chcę zniwelować ryzyko. Dziwne? Chcę się bawić bieganiem, czerpać z tego radość i wiem że już niebawem nadejdzie taka chwila, kiedy znów odzieję się w mój uniform i z uśmiechem będę przemierzać kolejne kilometry.

Póki co, trzymajcie się w zdrowiu, dbajcie o siebie i bliskich, słuchajcie zaleceń, nie okłamujcie medyków i #zostańwdomu :) PEACE!!!

Ilustracja pochodzi ze strony www.pixabay.com
Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger