Miasto moje a w nim...

Miasto moje a w nim...

Czasami bywa tak, że doceniamy coś co jest gdzieś daleko, nie zwracając uwagi na rzeczy czy miejsca, które mamy na wyciągnięcie ręki. W pewne majówkowe, późne popołudnie natchnęło mnie by wsiąść na rower i objechać okolicę Bełchatowa jak i samo miasto. Chciałem zobaczyć, co się zmieniło, jak obecnie wygląda moje miasto i jego okolice oraz przypomnieć sobie miejsca, z którymi wiążą się fajne wspomnienia. Jako że podróże lubię bardzo a i na blogu jest wszak dedykowana ku temu zakładka można było coś nowego uskutecznić.
Zapraszam na małą fotograficzną wycieczkę po Bełchatowie i okolicach uwiecznioną aparatem średniej klasy telefonu komórkowego ;)











P.S. Co jakiś czas postaram się wrzucać w zakładce "Podróże" foteczki z rozmaitych wypraw, zarówno tych biegowych jak i całkiem prywatnych. Mam nadzieję, że zyskają one Wasze uznanie.

Nie śpię - biegam!

Nie śpię - biegam!


Pierwszy kwartał 2019 przeszedł do historii. Pod względem biegowym nie był on dla mnie tak intensywny jak analogiczny w roku ubiegłym. Nie chcę się w żaden sposób tutaj usprawiedliwiać czy szukać wymówek ale zastanawiałem się ostatnio, czym to jest spowodowane?

W poprzedni rok wchodziłem z zaplanowanym już startem maratońskim. Pamiętacie pewnie, wielki cel, wielkie marzenie no i wielkie przygotowania. W tym roku nie planuję startu w maratonie to może i motywacja trochę zjechała w dół. Dobra, maratonu w tym roku raczej nie będzie, ale będą półmaratony i dyszki no i pewnie wpadną jakieś inne, interesujące i fajne biegi.

Pierwszy tegoroczny start już za mną. Jeśli śledziliście mojego Instagrama czy profil na fejsie to nie umknął Waszej uwadze start w 3. Bełchatowskim Biegu Nocnym. Impreza, w której brałem udział w roku ubiegłym miała swoją kontynuację także i w tym. Naturalnym było więc, że i tym razem stanę na linii startu. Różnica między zeszłoroczną a tegoroczną edycją polegała na tym, że tak naprawdę teraz nie wiedziałem czego się spodziewać. Innymi słowy – w jakim miejscu z tym moim bieganiem po powrocie po kontuzji jestem. Miałem świadomość, że nie wybiegałem tego co mogłem, dlatego też stresik delikatny był. 

27 dzień kwietnia - dzień startu, a im bliżej godziny 21 tym emocje głośniej dawały o sobie znać. Tradycyjnie już jak to na biegach w Bełchatowie rozmowy ze znajomymi i rozgrzewka. Punktualnie o godz. 21 ponad 300 biegaczy rusza na 10 km trasę prowadzącą ulicami Bełchatowa do Dobiecina i z powrotem. Pogoda tego wieczora była bardzo pomyślna – nie padało, było przyjemnie rześko i wiaterek też nazbyt nie przeszkadzał. Nic tylko biec.

Tradycyjnie na początku jest troszkę ciasno, ale po niespełna 2 km stawka rozciąga się na tyle, ze można wejść na swoje obroty i cisnąć swoim tempem. Jeśli już o tempie mowa - zachowawczo ustawiłem sobie 5:40, gdyż nie chciałem się za mocno wystrzelać tym bardziej, iż jak już wspomniałem był to mój pierwszy start w tym roku. Rzeczywistość okazała się jednak pomyślna bowiem udało mi się biec tempem w granicach 5:30. Nieśmiało planowałem w tym biegu pobiec poniżej 55 minut. Może niezbyt rekordowo, wiem ale … (patrz powyżej ;) )

Najfajniejszym odcinkiem biegu był dla mnie ten zaraz po agrafce. Czułem, że nogi fajnie niosą i moc jest ze mną. Wszystko poszło się paść na podbiegu w okolicach 7 -8 kilometra. Niby podbieg niezbyt ostry, ale dość rozległy i mocno dał w kość. Nauczony doświadczeniem z roku ubiegłego, wiedziałem że będzie ciężko i faktycznie było. Nic nie trwa jednak wiecznie i po kilkuset metrach podbieg zostawiam za plecami. Uffff.

Na półtora kilometra przed metą urywa się grupa biegnąca przede mną. Miałem dwa wyjścia – albo gonić albo biec swoim rytmem. Wybieram to drugie i do mety biegnę samotnie. Cholernie mi się podoba moment wbiegnięcia na Plac Narutowicza. Fajna sceneria, żywiołowi kibice i to co dla biegacza najważniejsze – meta. Kątem oka spoglądam na zegar, który wybija czas 55:05. Oczywiście był to czas brutto zatem jestem pewien, że udało mi się spełnić zakładane założenie – zejść poniżej 55 minut. Mój osobisty czasomierz poinformował, iż ukończyłem bieg z czasem 54:39. Pozostaje jeszcze potwierdzić to po otrzymaniu oficjalnego wyniku. Ten jest o dwie sekundy lepszy. 54:37 to mój oficjalny czas i mimo że gorszy od ubiegłorocznego o około półtorej minuty to jestem z niego zadowolony.

Co dalej? Maj będzie dla mnie dość mocno biegowym miesiącem. 18 pobiegnę w Leśnej Nagonce w Kole k/Piotrkowa Trybunalskiego a 25 maja Bieg Ulicą Piotrkowską Rossmann Run. Być może dojdzie jeszcze start 11 maja, ale będzie to maksymalnie 5 km. Żałuję, że w tym roku nie będzie mi dane stanąć na starcie Gminnej ZaDyszki. Cóż, czasami tak bywa. 




P.S. W zakładce „Planowane biegi” możecie zobaczyć imprezy, w których planuję wystartować. Zresztą na Instagramie czy Facebooku staram się w miarę na bieżąco informować co, gdzie i jak ;)
Tak, to był wyjątkowy rok!

Tak, to był wyjątkowy rok!


Pod koniec ubiegłego roku pisałem, że ten nadchodzący - 2018 będzie pod względem biegowym rokiem wyjątkowym. Mam niesamowitą satysfakcję, że mogę z całą stanowczością napisać tu i teraz, iż faktycznie kończący się lada chwila 2018 był rokiem wyjątkowym, chociaż nie obyło się bez kontuzji. Szczęście w nieszczęściu, że trafiła się na koniec moich startów.

Zanim jednak przejdę do krótkiego podsumowania moich tegorocznych dokonań biegowych, małe i mocno zaległe wspomnienie z Bełchatowskiej Piętnastki – mojego ostatniego tegorocznego startu. 



Na bełchatowski bieg nastawiałem się od dawna. Wiadomo, impreza we własnym mieście ma w sobie podwójną by nie powiedzieć potrójną pigułę motywacji i wypada godnie zaprezentować się na swoim terenie. Gdy wydawało się, że nic złego nie może się wydarzyć, kilkanaście dni przed startem stało się coś, czego nie wkalkulowałem w przygotowania – uraz i spory ból w okolicy prawej łydki. Niestety, z perspektywy czasu wydaje mi się, że chyba zbyt szybko po maratonie wróciłem do mocnych akcentów treningowych. Chyba powinienem troszkę więcej czasu poświęcić na regenerację. Czasu jednak nie cofnę, stało się. Czasu do startu było niewiele, więc zdecydowałem że do Piętnastki troszkę zluzuję z bieganiem. Liczyłem, że noga się zregeneruje i wszystko będzie tak, jak sobie zaplanowałem.

Z wielkim bólem głowy szedłem w niedzielne przedpołudnie do Hali Energia, która tradycyjnie była bazą biegu. Cały czas biłem się z myślami, czy przypadkiem nie porywam się trochę z motyką na słońce. W ogóle to wszystko tego nie do końca się układało jak należy. Moje dziewczyny rozłożyła infekcja, więc nie było mowy aby przyszły na bieg. Siła wyższa. Nieśmiało liczyłem, że na trasie pojawią się  znajomi, którzy może od czasu do czasu coś krzykną i … nie zwiodłem się :)



Jako że na bieg zapisałem się we wrześniu, optymistycznie wpisałem sobie strefę startową poniżej 1:20. Czułem się wtedy mocny i wiedziałem, że powinno się udać. Urazu jednak nie wkalkulowałem, ale postanowiłem wystartować i zobaczyć jak to będzie. Od razu przyznam, było średnio niby na starcie wszystko ok ale mniej więcej od 3 kilometra zacząłem odczuwać dyskomfort, który z każdym kolejnym kilometrem się nasilał by pod koniec biegu dokuczać dość mocno. Nie zwykłem się jednak poddawać i zdecydowałem, że ukończę ten bieg choćby nie wiem co. Po pierwsze – nie zniósłbym uczucia, że odpuściłem, po drugie – motywowała mnie Bełchatowska Triada Biegowa, której Piętnastka była ostatnim elementem. Koniec końców, z ogromnym bólem doczłapałem się do mety i jestem niesamowicie szczęśliwy. Mimo urazu z czasem 1:25:19 (życiówka poprawiona o ponad 10 minut) ukończyłem swój ostatni planowany bieg w tym roku. Zaliczam Bełchatowską Triadę Biegową i tym samym kończę sezon startowy 2018. Można zacząć lizanie ran :P



Podsumowując rok 2018 – było zacnie!!!
Rok 2018 dobiega końca więc dobra to pora by pokusić się o małe podsumowanie. Jak już wspomniałem na wstępie, 2018 rok pod względem biegowym był dla mnie wyjątkowy. Zaliczyłem w nim aż dziesięć imprez biegowych, co jak na mnie jest wynikiem nad wyraz zadowalającym, bowiem nigdy od początku mojej przygody z bieganiem nie miałem taki "intensywnego" sezonu.

1 x 5 km
Bieg Tropem Wilczym w Bełchatowie to jedyny w mijającym roku mój start na 5 km. Był to mój pierwszy tegoroczny start i stanowił fajne wprowadzenie do sezonu biegowego. W nowym roku, jeśli oczywiście będzie organizowany, również planuję wystartować.
5 x 10 km
10 km to bodaj najpopularniejszy dystans rozmaitych imprez biegowych. W mijającym roku wziąłem udział w 5 biegach na tym dystansie i z każdego kolejnego byłem bardzo zadowolony, bowiem na każdym poprawiłem swoją życiówkę. Zaczęło się od Zelowskiego Szusu o Czółenko – 54:13 a skończyło na Wieluńskim Biegu Pokoju i Pojednania – 51:44. Po drodze były jeszcze Bełchatowski Bieg Nocny – 53:05, Gminna Zadyszka - 53:48 – 10,4 km i Bieg Ulicą Piotrkowską 52:12. Progres był i z tego jestem bardzo zadowolony.
1 x 15 km
15 km to dystans niezbyt popularny na eventach biegowych, niemniej jednak jest jedna impreza w której po prostu musiałem wziąć udział. Chodzi oczywiście o Bełchatowską Piętnastkę, z której  mini relację możecie przeczytać kilka akapitów wyżej :)
2 x 21,097 km
Robiąc plany na ten rok zakładałem udział w jednym półmaratonie. Ostatecznie wystartowałem w dwóch połówkach – w Pabianicach i Warszawie. Dwa półmaratony, niby dystans ten sam, a dwa różne biegi. Nie chodzi tu tylko o miejsce, ale samo podejście , przygotowanie czy mentalność. Pierwszy półmaraton – ten w Pabianicach patrząc z perspektywy czasu spaprałem dokumentnie. No dobra, może nie tak całkowicie, ale jak czytaliście moją relację (a jeśli nie to zapraszam TUTAJ) pamiętacie co zrobiłem źle. 
Z goła inny był Półmaraton Praski w Warszawie. Pomny doświadczeń z Pabianic byłem świadomy tego co należy poprawić i co zrobić, bym po biegu był zadowolony. Tu niemal wszystko było jak należy. No dobra po cichu liczyłem że uda mi się złamać 2 godzinki, ale nie ma tego złego. Może w 2019 się uda?
1 x 42,195 km
Maraton – spełnienie moich biegowych marzeń. Święty Graal którego odnalazłem w Warszawie podczas jubileuszowego 40. Maratonu Warszawskiego. TUTAJ możecie przeczytać jak to w stolicy Seba przebiegł swój pierwszy maraton. Wiem na pewno – nie był to mój ostatni bieg na królewskim dystansie. 

Co dalej?
Obecnie kończę przymusową przerwę w bieganiu, którą wykorzystałem na intensywną rehabilitację, regenerację i odpoczynek. Nie da się pewnych rzeczy przyspieszyć i mam tylko nadzieję, że z początkiem roku bez problemów wrócę do biegania. Taki jest plan, bowiem tęskno mi za tym po prostu.
Chciałbym, aby kolejny rok był przynajmniej tak dobry pod względem startów jak ten. A jeśli chodzi o plany to na pewno chcę zaliczyć kilka biegów na 10 km. Planuję również ponownie zmierzyć się z półmaratonami, które przebiegłem tym roku. Z Pabianickim Półmaratonem mam rachunki do wyrównania, a Półmaraton Pracki mi się cholernie podobał i chcę tam wrócić. Oczywiście chcę również przebiec kolejny maraton. Nie wiem jeszcze gdzie, wszystko jest w trakcie planowania. Najważniejsze to z głową wrócić do treningów i znów czerpać z tego radość. Czas na nowe cele!!!

Kończąc, podzielę się z Wami dobrą wiadomością. Kilka tygodni temu odbyłem kontrolne badanie neurochirurgiczne. Wyniki są bardzo dobre, wszystko jest w jak najlepszym porządku i niezmiernie się z tego faktu cieszę. Nigdy nie zapomnę też miny mojego lekarza kiedy podczas wizyty pokazałem mu medal z Maratonu Warszawskiego. "Ten medal najlepiej pokazuje, gdzie pan teraz jest panie Sebastianie" - takie słowa z ust człowieka któremu zawdzięcza się zdrowie brzmią niesamowicie.

Już naprawdę na koniec, chciałbym Wam życzyć wszystkiego najlepszego w Nowym 2019 Roku. Niech będzie to rok realizacji Waszych planów i zamierzeń, oraz nieustającego zdrowia, bo bez tego nie będzie niczego (się jeszcze rymowisko trafiło :)) Do Siego roku!!!

Dobiegłem do marzeń

Dobiegłem do marzeń


Ktoś mądry powiedział kiedyś, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia. W miniony weekend przekonałem się na własnej skórze, że tak właśnie jest. 

Kiedy cztery lata temu przebiegłem mini maraton (o czym pisałem TUTAJ), przebiegnięcie prawdziwego maratonu wydawało się tak odległym przedsięwzięciem niczym lądowanie człowieka na Marsie. Mimo, że moja droga do maratonu nie była prosta (jakby normalnie była to prosta droga), to byłem pewien, że wcześniej czy później zdobędę swojego „świętego Graala”.

Dwa lata temu, pod koniec września nie byłem w stanie sam ustać  więcej aniżeli kilka minut, o normalnym chodzeniu nie było mowy a gdzie tu bieganie. Tak, po niezwykle skomplikowanej operacji neurochirurgicznej musiałem na nowo uczyć się stać, chodzić a nawet mrugać oczami czy się uśmiechać. Na szczęście intensywna rehabilitacja, ogrom włożonej pracy i nieziemskie pokłady wytrwałości i samozaparcia pozwoliły mi wrócić do tak upragnionego normalnego życia codziennego. Oczywiście z utęsknieniem oczekiwałem powrotu do biegania. Nie obyło się także bez pytań, czy w ogóle będę mógł doń wrócić. Mogłem, więc wróciłem a jakże. 

Maraton? Serio?
Skąd w ogóle pomysł, by po takich perypetiach zdrowotnych brać się za maraton? Na jednym z seansów rehabilitacyjnych, Bartek – mój fizjoterapeuta i przy okazji zaprawiony w bojach maratończyk zapytał czy nie miałbym ochoty pobiec maratonu w 2018 roku. Wiesz, jest fajny maraton w Warszawie – 40, jubileuszowy. Pomyślałem chłop zwariował. Jest pierwsza połowa 2017 roku, ja ledwo po operacji i walczę o powrót do normalnego funkcjonowania a ten mi wyjeżdża z maratonem – dystansem który był mocno zakorzeniony w moich biegowych marzeniach, jednakże tak odległym i w tamtym momencie nierealnym, że nawet nie zaprzątałem sobie nim głowy. Bartek nie naciskał ale dał do zrozumienia, że temat jest wart rozważenia i po odpowiednim treningu i przygotowaniu absolutnie możliwy do zrealizowania. Miałem o czym myśleć, jednakże najważniejsze było wrócić do w miarę pełnej sprawności, przejść badania kontrolne i uzyskać od lekarzy zgodę na powrót do pracy i do normalnego życia. Bez tego nie były możliwe żadne przygotowania czy treningi. Jeśli wszystko będzie na tak, poważnie rozważę udział w Maratonie Warszawskim. Na szczęście badania wyszły dobrze, leczenie dobiegło końca i można było wrócić do życia sprzed choroby. Nie zapomnę zdziwienia mojego lekarza prowadzącego, gdy zapytałem czy mogę po odpowiednim przygotowaniu wziąć udział w maratonie. 

Będzie jazda
U progu 2018 r pisałem, że będzie to wyjątkowy pod względem biegowym rok. W nim bowiem planowałem zadebiutować oprócz maratonu także i w półmaratonie. Połóweczka przed wakacjami, a maraton – wiadomo, 30 września. O półmaratońskim debiucie pisałem już TUTAJ. Oczywiście w drodze do wymarzonego maratonu brałem udział w kilku fajnych imprezach biegowych, które na bieżąco opisywałem na blogu. Aby czuć się dobrze przygotowanym, regularnie uczestniczyłem w zajęciach biegowych prowadzonych przez  trenera Darka Rybarczyka. Serio, sam nigdy w życiu bym się nie przygotował do takiego biegu. Wracając jednak do tematu…

Godzina 0 – jedziemy do Warszawy
Początkowo na maraton mieliśmy jechać w niedzielę przed świtem. Sytuacja troszkę się skomplikowała, gdy okazało się że z powodu kontuzji nie wystartuje pomysłodawca i spiritus movens całego zamieszania – Bartek. Po krótkiej konsultacji z Agą uznaliśmy, że do stolicy pojedziemy w sobotę po południu. Tym bardziej, że swoją pomoc w zakwaterowaniu zaoferował mieszkający na co dzień w stolicy nasz dobry znajomy (dziękuję Bartuś :)) Wiadomo, kilka chwil snu więcej zawsze się przyda.
Wieczorem udajemy się na miejsce startu, które oddalone było od naszej kwatery raptem o ok. 20 minut. Robimy mały rekonesans i powoli udajemy się na nocleg. Jeszcze tylko makaronik na kolację i można iść lulu (dobra dopiero po meczu półfinałowym polskich siatkarzy :))

Sunday morning
Pobudka o godz. 6:00. Zgodnie z zaleceniami doświadczonych biegaczy przyjmuję bułę z miodkiem i zaczynam szykować się do wymarszu. Przepiękne słońce zwiastowało, że 40. Maraton Warszawski odbędzie się przy przepięknej pogodzie. Maszerujemy na ulicę Konwiktorską. Tam spory już tłum. Przebijam się w okolice swojej strefy startowej i mogę powolutku czynić ostatnie przygotowania przed startem. Rozgrzewka, obowiązkowy toi-toi i przesympatyczne spotkania ze znajomymi biegaczami z Bełchatowa. Przed startem z głośników leci niesamowity „Sen o Warszawie” Czesława Niemena. Jest w tym coś niepowtarzalnego, kiedy stoisz na starcie maratonu w Warszawie i słyszysz słowa tej piosenki. Ciary na całym ciele, no i oczka też trochę mocniej zawilgotniały. Magia. O 9:00 wyścig rusza. Ponad 10 000 biegaczy i biegaczek rusza na podbój królewskiego dystansu. Będzie to długa, męcząca ale także piękna i wzruszająca droga.


Biegnę po marzenia
Już kilka dni przed startem starałem się układać taktykę na ten bieg. Nie chciałem popełnić w maratońskim debiucie błędów, jakie przydarzyły mi się podczas pierwszego startu w „połówce”. Założyłem sobie tempo w granicach 6:05 min/km. Moim zdaniem bezpiecznie i na miarę moich możliwości. Wiadomo jednak, że to ponad 42 kilometry i różnie może być. Co ma być to będzie, pomyślałem. Biegnij, ciesz się tym biegiem i spełnij swoje marzenia. Takie były założenia i ogromnie rad jestem, że udało mi się je zrealizować. 


Początek biegu to był dla mnie szok. Szok, że to już się dzieje. Po roku przygotowań i spoglądania w kalendarz i wypatrywaniu daty 30.09.2018 nagle biegnę ulicami Warszawy w jubileuszowym maratonie. Niewiele pamiętam ze startu, ale zapewne wynika to z oszołomienia. Zresztą jakoś tak dziwnie się zakręciłem, że pierwsze kilkaset metrów biegłem między barierką a słynnymi biegowymi Spartanami. Nie bardzo mogłem przeskoczyć na drugą stronę ale szczęśliwie jeden z podwładnych Leonidasa zapytał, czy aby nie chcę przedostać się na drugą stronę. Oczywiście chętnie skorzystałem z propozycji i po chwili mogłem swobodnie wejść na swoje obroty. Co się od razu rzuciło w oczy to mnóstwo kibiców wspaniale dopingujących biegaczy. Jeśli tylko mam okazję, zawsze staram się zbić piąteczkę z kibicami, zwłaszcza tymi najmłodszymi. Niesamowite jest to, z jakim zaangażowaniem te dzieciaki dopingują. Brawa dla nich, ale też ogromne gratulacje i podziękowania dla rodziców, którzy pokazują swoim dzieciom sportowe zmagania i uczą fajnego kibicowania. Co ciekawe, trasa tegorocznego maratonu biegła przez Warszawski Ogród Zoologiczny. Wyobraźcie sobie, tysiące biegaczy mknących centralnie przez ZOO. Widziałem, że co poniektórzy biegacze cykali sobie fotki przed wybiegami zwierzaków. Niezły to był widok :P


Ja czekałem najbardziej na fragment biegu po Łazienkach Królewskich, Alejach Ujazdowskich, Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu. Tam biegło mi się najprzyjemniej. Walory turystyczne podczas maratonu to jest to! Chociaż nie powiem, podbieg na ul. Belwederskiej dał mocno popalić. Oj to była solidna wspinaczka. Całe szczęście był to jedyny tak mocno wymagający podbieg. Serio, było grubo. Druga połówka maratonu może nie biegła po zbytnio atrakcyjnych turystycznie miejscach, ale dzięki temu, można było skupić się tylko na bieganiu. Około 30 km przypomniałem sobie, że teraz „powinienem” dobić do tzw. ściany. Wiele słyszałem o tym zjawisku i byłem ciekaw, czy mnie też to dopadnie. O dziwo, nic takiego nie miało miejsca, owszem odczuwałem już nieco przebiegnięte kilometry, ale jakiś dziwnych akcji nie uświadczyłem. W moim przypadku, ściana to mit. 


Po 32 km, biegnąc po prawej stronie Wisły wspomnieniami wróciłem do półmaratonu, który na początku września tam biegłem i który miał być rekonesansem przed maratonem. W ogóle na Pradze trochę zwolniłem. Tempo może i spadło, ale nie spadała satysfakcja i radocha. Co mi z tego, że będę cisnął za wszelką cenę. Ja nic przecież nie muszę. Jestem tuż przed finiszem najważniejszego biegu w moim życiu i to jest najcenniejsze. Na ostatnim punkcie odżywczym łapię wodę i izotonik, ściągam po łyczku bo pragnienie spore i teraz już tylko do mety. Po chwili jestem na ostatniej prostej, w oddali widzę finisz, do którego z każdym krokiem coraz bliżej. Kibiców coraz więcej, a wśród nich moja Aga. Uśmiecham się, macham i lecę do mety. Tuż, tuż i wreszcie JEEEEEEEST. Z czasem 4:21:48 ukończyłem 40. Maraton Warszawski. Teraz mam pełne prawo to napisać: Jestem biegaczem, JESTEM MARATOŃCZYKIEM! Spełniłem swoje marzenia!


Nigdy się nie poddawaj
Kiedy 5 lat temu zaczynałem swoją przygodę z  bieganiem, ciężko mi było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek będę w stanie przebiec coś takiego jak maraton. Ba, nawet bieg na 5 km wydawał się być odległym marzeniem. Jeszcze kila dobrych lat temu, byłem 130 kg grubasem, który palił paczkę fajek dziennie, lubił sobie dobrze zjeść (dobra dalej lubię :P) i był typowym kanapowcem. Wiązanie sznurówek czy wejście na czwarte piętro zawsze odbywało się przy akompaniamencie potwornej zadyszki. Powiedziałem sobie dość i zacząłem zmiany. Bieganie wydawało się najprostszą formą aktywności, by wrócić do normalności. Nim się obejrzałem, bieganie wciągnęło mnie na tyle, że ciężko mi było wyobrazić sobie bez niego życie. Kiedy już wychodziłem na prostą, znienacka trafiło się coś co… 

Jak pisałem na wstępie, dwa lata temu ciężko mi było utrzymać równowagę stojąc na własnych nogach, o chodzeniu nie wspominając. Dziś, przeszło dwa lata od tamtego czasu przebiegłem maraton. Niech ten mój maraton, będzie dla wszystkich dowodem, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko się da, wszystko jest możliwe. Choć czasem życie kopnie w tyłek tak, że ciężko się pozbierać, to absolutnie nie wolno się poddawać. Oczywiście są chwile zwątpienia, złości czy żalu, tego się nie uniknie. Ale trzeba zebrać się do kupy i walczyć. Walczyć o siebie i swoje marzenia. 


Na koniec chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że mogłem spełnić swoje marzenie: 

Aga, Kinia i cała moja wspaniała rodzinka – wiecie doskonale, że bez Was nic bym nie osiągnął :)

Ogromne podziękowania dla całego oddziału Neurochirurgii Wojskowego Szpitala Klinicznego im. WAM w Łodzi. Profesorom Maciejowi Radkowi, Andrzejowi Radkowi, wszystkim lekarzom za to że jestem i przede wszystkim niesamowitemu zespołowi pielęgniarskiemu za nieocenioną i mega profesjonalną opiekę. Jesteście WIELCY, dziękuję!

Serdecznie dziękuję trenerowi Darkowi Rybarczykowi za treningi, przygotowanie i przede wszystkim przekazaną, nieocenioną wiedzę.

Wielkie dzięki dla Bartka Zielińskiego za to, że mnie w ogóle do tego namówił :)

Na koniec serdecznie dziękuję wszystkim znajomym i przyjaciołom za ogrom pozytywnej energii, wiarę i motywację. Jesteście wspaniali. DZIĘKUJĘ

Final countdown czyli ostatnia prosta

Final countdown czyli ostatnia prosta

Wakacje odeszły w zapomnienie i skończyła się startowa laba. Za chwilę stanę na starcie 40. Maratonu Warszawskiego – najważniejszego biegu w mojej dotychczasowej biegowej przygodzie. Królewski dystans to już nie przelewki i trzeba doń się trochę przygotować. W wakacje odpuściłem zupełnie starty by móc skupić się tylko na treningu. Tak też mi zleciał i lipiec i niemal cały sierpień. Wreszcie w ostatni weekend sierpnia i pierwszy weekend września znów stanąłem w szranki biegowej rywalizacji – w Wieluniu i Warszawie, o czym przeczytacie w niniejszym poście.
Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger