12 lat biegania. 12 lat pisania.
8 kwietnia 2013 roku kliknąłem „opublikuj” po raz pierwszy. Nie sądziłem wtedy, że 12 lat później nadal będę to robił – i że w międzyczasie przebiegnę maratońskie 42 km i 195 m, zdobędę Koronę Półmaratonów Polskich i nadal będę łapał biegowego bakcyla przy każdej możliwej okazji. Ale stało się. Ten blog trwa, a ja razem z nim.
Doskonale wiecie, że nie jestem zawodowcem. Nie mam też super wyników. Mam za to pasję, buty do biegania i wystarczająco sporo samozaparcia, żeby wciąż ruszać tyłek sprzed kanapy. I wiecie co? To wystarczy.
Bieganie to więcej niż sport
Dla mnie bieganie zawsze było trochę ucieczką, a trochę powrotem – do siebie. Do myśli, których nie da się usłyszeć w biegu życia codziennego. Do emocji, które trzeba wybiegać. Do planów, które rodzą się w rytmie kroków. Przez te 12 lat zmieniło się wiele. Mam 44 lata, a czasem czuję się na 24, innym razem na 84. Ale najważniejsze, że wciąż chcę. Chcieć to połowa sukcesu.
I wiecie co jeszcze? W 2016 roku moje życie zatrzymało się na moment. Przeszedłem wtedy skomplikowaną operację neurochirurgiczną, która postawiła przede mną pytania o to, czy w ogóle wrócę do normalnego życia – nie mówiąc już o bieganiu. To był moment próby, walki nie tylko o zdrowie, ale o samego siebie. O marzenia. O zwykłe dni bez bólu i niepewności.
I udało się. Dzięki niesamowitym ludziom – lekarzom, rodzinie, przyjaciołom, znajomym – wróciłem. Do życia. Do biegania. Do bloga. Dziś wiem, że siła to nie tylko mięśnie i kondycja. To także upór, wdzięczność i świadomość, że nie jesteśmy sami. Nigdy.
A jeśli Ty też coś czujesz?
Jeśli czytacie moje wpisy – jest mi bardzo miło. Być może czytacie i macie swoje rozkminy. Może ktoś z Was boi się, że na coś jest już za późno. Że czegoś nie wypada w danym wieku. Albo że życie za bardzo przygniotło, żeby jeszcze coś zaczynać od nowa.
Pozwólcie, że powiem jedno: TO BZDURA!
Wiek to tylko liczba. A każda liczba może być początkiem nowego rozdziału. Czasem trzeba zrobić tylko jeden krok – ten pierwszy. Nie musi być perfekcyjny. Nie musi być szybki. Ale musi być Twój.
Co dalej?
Ja dalej biegnę. Po zdrowie, po lepszy humor, po jasność w głowie. Biegnę, bo mogę. Bo chcę. Bo to daje mi sens. I będę pisał, dzielił się tym dalej – nie po to, żeby kogokolwiek pouczać. Po prostu, żebyś wiedział(a), że nie jesteś sam(a) w tych swoich życiowych rozkminkach. I że zawsze można coś zmienić. W swoim tempie. W swoją stronę. Naprawdę – da się. Spójrzcie na mnie. Kiedyś blisko 130 kilogramowy gość, z papieroskiem w ręce, raczący się przy każdej możliwej okazji browarkiem i jedzonkiem, którego kaloryczność wykraczała poza wszelkie dopuszczalne skale.
Zmiana jest możliwa!
Dzięki, że jesteście ze mną już tyle lat. A jeśli dopiero dołączyliście – witajcie na trasie.
Romantyzm Biegowej Codzienności
Ostatnie tygodnie to dla mnie czas regularnej, konsekwentnej pracy nad formą. Mimo, że nie jest ona jeszcze taka jak bym chciał, żeby była, to nie narzekam. Konsekwentnie do przodu pcham ten biegowy wózek. Aktualnie realizuję plan treningowy do półmaratonu z Garmin Coach, który wręcz idealnie wpasowuje się w moje możliwości czasowe tj. trzy biegi w tygodniu. Jeśli dodamy do tego jeden trening ogólnorozwojowy na siłce, to można uznać, że aktywność dość szczelnie wypełnia część moich popołudni. Taki układ sprawia, że mam też czas na regenerację i jednocześnie czuję, że robię postępy.
Co ważne, poza bieganiem mocno znów szczególnie zwracam uwagę na dietę i wagę, ponieważ chcę dojść do takiej formy, by czuć się lekko i biegać efektywniej. Wiadomo, że każdy kilogram mniej to nie tylko lepsze wyniki ale i większa przyjemność z biegania. W tej materii pomaga mi niezawodne Fitatu.
2025 - jedziemy z tym koksem!
Nowy rok to nowa karta, którą z radością będę zapisywać kolejnymi biegowymi wspomnieniami. Mimo że pora roku taka sobie, aura też nie specjalna, to myślami jestem już kilka miesięcy do przodu – tam, gdzie wystartuję...
Biegowa wiosna – co na pewno?
Choć do pierwszych startów jeszcze kilka dobrych tygodni, kalendarz z bardzo wolna zaczyna się zapełniać. Pewne mam dwa biegi i nie ukrywam, że czekam na nie z dużą niecierpliwością:
Bieg Ulicą Piotrkowską w Łodzi – jeden z najfajniejszych biegów ulicznych w Polsce, w którym miałem okazję wielokrotnie startować. Atmosfera popularnej "Pietryny", szybka trasa i tłumy kibiców – to po prostu trzeba przeżyć!
Półmaraton w Białymstoku – wspaniałe Podlasie, piękna trasa, świetna organizacja i fantastyczni ludzie. To jeden z tych biegów, które po prostu chcę mieć w swoim tegorocznym biegowym CV.
Oba te starty odbędą się w maju, ale oczywiście nie zamierzam czekać do tego czasu, żeby wystartować w zawodach. W marcu i kwietniu zapewne gdzieś wystartuję i choć mam kilka typów, decyzji jeszcze nie podjąłem. Przeglądam kalendarz, analizuję i szukam tych najlepszych opcji.
Jesienne wyzwanie – jeszcze nie czas na szczegóły!
Każdy sezon biegowy ma swój najważniejszy start, taki, do którego człowiek przygotowuje się przez wiele miesięcy. U mnie to również nieodłączna część planu, ale… jeszcze nie zdradzę, co to będzie! Powiem tylko, że będzie to coś wyjątkowego i wykraczającego poza moje dotychczasowe doświadczenia. Czas pokaże, czy podołam temu wyzwaniu – ale właśnie to jest piękne w bieganiu, że zawsze można sięgać po coś nowego i zwiększać limit swojej motywacji.
Trening na luzie, ale z głową...
Jak wiecie, nie jestem zawodowcem i nie gonię za rekordami. Lubię jednak czuć, że to co robię przynosi efekty, że po prostu robię postępy. Moje podejście do treningu to przede wszystkim zdrowy rozsądek – brak spiny, umiarkowana regularność, różnorodność i przede wszystkim unikanie kontuzji. Po intensywnym ubiegłym roku na spokojnie, ale i konsekwentnie.
Bieganie to nie tylko cyferki
Na koniec trochę mądrości czterdziestokilkuletniego amatora – bieganie to nie tylko kilometry, tempo i wyniki. To przede wszystkim radość, emocje i ludzie, których spotykamy na trasie. W tym roku znów chcę czerpać z tego wszystkiego jak najwięcej – zarówno na zawodach, jak i na codziennych treningach.
Swoją drogą, jestem ciekaw jak wyglądają Wasze plany na 2025? Startujecie w jakichś ciekawych biegach wiosną? Może macie propozycje fajnych imprez, na które warto zwrócić uwagę? Jak chcecie, dajcie znać!
Tymczasem - Do zobaczenia na trasie!
Podsumowanie roku - Było dobrze!
Koniec roku to zawsze czas refleksji, podsumowań i planów na przyszłość. Dla mnie mijający rok - 2024 był jednym z tych, które zapiszą się w pamięci na długo. Chyba tylko w 2018 roku miałem podobny biegowy flow. To był po prostu świetny czas, pełen emocji, wyzwań, satysfakcji i – co najważniejsze – wsparcia ludzi, bez których nie osiągnąłbym tego, co się udało.
Korona Półmaratonów Polskich – cel osiągnięty!
Zacznę od największego sukcesu: zdobycia Korony Półmaratonów Polskich. Jeszcze kilka lat temu myślałem, że to wyzwanie jest poza moim zasięgiem. A jednak – udało się! Pięć półmaratonów w jednym roku, każdy w innym mieście, każdy z inną historią, atmosferą i swoimi trudnościami. Od wiosennego biegania w Warszawie, przez malowniczy Poznań, niesamowity Białystok, historyczne Gniezno aż po finałowe kilometry w Gdańsku. Każdy z tych biegów nauczył mnie czegoś nowego i pozwolił odkryć na nowo moją wewnętrzną siłę i determinację.
Ktoś może powiedzieć, że Korona to tylko medale i numery startowe. Otóż nie. Każdy z tych biegów to mnóstwo wspomnień: rozmowy z innymi biegaczami, doping kibiców, zmęczenie, które zmienia się w radość na mecie. Szczególnie zapadł mi w pamięć ostatni półmaraton w Gdańsku – może dlatego, że był to bieg w mieście tak dla mnie wyjątkowym, w którym rozpoczęło się moje życie? Poza tym, na mecie każdego biegu czekały na mnie moje dziewczyny - Aga i Kinga, zawsze z uśmiechami na twarzach. Tak, takie chwile są bezcenne.
Biegi lokalne – blisko domu, ale z wielką radością
Poza Koroną były rzecz jasna także biegi bliżej miejsca zamieszkania. Wystartowałem w kilku biegach w moim regionie i muszę przyznać, że atmosfera na takich wydarzeniach jest czymś wyjątkowym. Bieg Ulicą Piotrkowską, Gminna ZaDyszka, Piątka Szyta na Miarę, Bełchatowska Piętnastka, Bieg Świąteczny - to imprezy, które uwielbiam i zawsze chętnie biorę w nich udział. Poza tym, znacie to uczucie, kiedy biegacie szlakami, które na co dzień są częścią Waszej codzienności? Gdzie na trasie stoją znajome twarze, sąsiedzi czy koledzy z pracy? Uwielbiam te chwile, kiedy mogę być częścią lokalnej społeczności biegowej i czuć tę pozytywną energię.
Wdzięczność – bo sam bym tego nie zrobił
Choć to ja zakładam buty i ruszam na trasę, prawda jest taka, że sukcesy te mają wielu autorów. Przede wszystkim chcę podziękować mojej żonie i córce. Dziewczyny, jesteście niesamowite! Zawsze wspieracie mnie w tej mojej „pasji-obsesji”. Aga cierpliwie znosi moje “idę pobiegać” rzucone w późne popołudnie lub wieczór, a Kinga dzielnie dopinguje mnie na zawodach, często zagrzewając jakiś fajnym hasłem w stylu “hop hop hop” :). To ich wsparcie daje mi siłę, by dalej robić to, co sprawia mi niesamowitą frajdę.
Dziękuję też rodzinie, przyjaciołom i wszystkim znajomym, którzy trzymali za mnie kciuki, pytali o kolejne biegi i dawali znać, że śledzą moje postępy na blogu. Fajnie wiedzieć, że to, co robię, inspiruje innych – może nawet ktoś z Was pomyśli o pierwszym starcie w 2025 roku? Z całego serca tego życzę.
Co dalej? Szykuje się coś dużego…
A teraz pytanie: co dalej? Rok 2025 już za rogiem i mogę Wam zdradzić jedno – mam w głowie coś wyjątkowego. Póki co, nie chcę jeszcze zdradzić wprost, co to będzie, ale od początku 2025 roku przygotowania ruszają z kopyta. Poza tym, nowe wyzwania czekają, nowe trasy kuszą, a w głowie kłębią się kolejne plany. Mogę tylko obiecać, że jak zawsze dam z siebie wszystko, a o szczegółach będę informował (w miarę) na bieżąco.
Dzięki za kolejny wspólny rok! Cieszę się, że mogę dzielić się z Wami moją biegową przygodą. Do zobaczenia na trasie – czy to w butach biegowych, czy przy posiłku regeneracyjnym na mecie. A tymczasem życzę Wam wszystkiego najlepszego na Nowy Rok – zdrowia, radości i pasji, która napędza każdego dnia.
Trzymajcie się i… do zobaczenia w 2025!
Poniżej, jako bonus, zamieszczam kilka fotek obrazujących mój biegowy rok 2024.
Do przodu...
Od poprzedniego wpisu minęła już chwila i aby nie być gołosłownym, nie rzucać przy tym słów na wiatr, uraczę Was drodzy czytelnicy poniższym wpisem. Nie będzie to treść długości encyklopedii PWN, co już powinno być małą zachętą do poświęcenia chwili swojego cennego czasu i zanurzenia się w świat moich biegowych rozkmin.
Reasumując, jestem bardzo zadowolony z faktu, iż udało mi się wrócić na odpowiednią drogę i znów mogę czerpać radość z biegania, mając przy tym wyznaczony cel, nie wytwarzając sobie przy okazji jakiejś niepotrzebnej presji. Już nie ten wiek 🙂
P.S. Zapisałem się na Bieg Ulicą Piotrkowską, który odbędzie się 25 maja :) Jakbyście nie mieli planów na ten dzień, zapraszam do wspólnego biegu :)
Niby znów to samo, ale...
Jeden wpis w ciągu roku... niezła średnia, nie ma co. Najgorsze jest to, że przed samym sobą jest mi po prostu głupio. Niby człowiek sobie obiecuje pewne rzeczy, łapie ten wiatr motywacji i nim się obejrzy wszystkie plany biorą w łeb. Czemu? Można szukać różnych tłumaczeń i wymówek. Można wić się jak piskorz, ale trzeba po męsku przyznać, że po prostu były ważniejsze rzeczy. Swoją drogą nieźle to brzmi prawda? Gość ma bloga, opłaca domenę i nie wrzuca żadnych treści bo ma ważniejsze rzeczy. Tak się jednak stało, że w ciągu ostatniego roku wiele się u mnie wydarzyło i chciał nie chciał, priorytety trochę się poprzestawiały. Ale z jednego jestem dumny – biegane było, startowane było - także nie można powiedzieć, że ostatni rok był stracony. Był przespany blogowo, fakt. Biegowo już niekoniecznie, o czym mogliście się przekonać zaglądając na mojego Facebooka czy Instagrama, gdzie wrzucałem fotki i mini relacje z ubiegłorocznych startów, a było ich całe 8 ;)
Dobra, nie ma co spoglądać za siebie. Nastał 2024 rok więc naturalnym jest, że znów coś trzeba coś zaplanować, przyjąć motywacyjnego kopa i działać. Pierwotnie planowałem roku zmierzyć się w tym roku z królewskim dystansem. Zmieniłem jednak zdanie i pomyślałem, że może warto dawkować sobie mocne wrażenia. Na maraton przyjdzie jeszcze czas, a w tym roku chcę zdobyć Koronę Półmaratonów Polskich. Poczyniłem już w tym kierunku odpowiednie kroki, które możecie znaleźć na stronie „Moje Starty”. No dobra, żebyście nie szukali – zapisałem się na półmaratony w Warszawie, Poznaniu i Białymstoku. Byłem również zapisany na połówkę do Wrocławia, jednakże z uwagi na inne plany w tym terminie, musiałem ze startu zrezygnować. Nie ma tego złego, bowiem druga część sezonu niesie za sobą równie interesujące starty. Moje oczy spoglądają w kierunku Piły i Gdańska. Oprócz tego oczywiście zamierzam startować w innych biegach ale o tym postaram się informować na bieżąco (taaaaaa, na pewno :) ) Zresztą planowane starty będę starał się aktualizować.
Wiadomo, pisanie jedno a trening drugie. Nie zamierzam jakoś specjalnie spinać się na bicie życiówek. Chcę zwyczajnie w świecie fajnie spędzić czas, lajtowo i przy okazji osiągnąć kolejny cel mojej biegowej przygody. Ale wiadomym jest, że samo się nie zrobi i oprócz biegania warto jest także nieco się wzmocnić. Dlatego też wprowadziłem od jakiegoś czasu do swojej tygodniowej rutyny ćwiczenia siłowe i wzmacniające, które mam nadzieję przyniosą fajny efekt. Pożyjemy zobaczymy.
Kończąc niniejszy wpis, dziękuję że znaleźliście czas, by przeczytać ten post. Postaram się (już nie obiecuję), żeby było ich ciut więcej. Może nawet zajdą jakieś drobne zmiany? Btw... widzieliście nowe logo?
Here I go (again)
467 dni… Tyle dokładnie upłynęło czasu od mojego ostatniego wpisu na blogu. Szmat czasu, nieprawdaż? Czas w końcu przerwać tę serię!
Miniony rok był dla mnie rokiem rozbudzonych nadziei, wielkich i ambitnych planów. W rzeczywistości był dla mnie rokiem biegowego rozczarowania. Był to też rok mocno kryzysowy – rok który bardzo mocno dał mi w kość jeśli chodzi o moją biegową motywację i chęci. Oczywiście nie od razu tak się stało. Wpływ na to miała kontuzja łąkotki – a dokładniej jej pęknięcie. Będąc niemal na ostatniej prostej do startu w Maratonie Gdańskim, podczas interwałów na bieżni w pewnym momencie poczułem silny ból lewego kolana. Jako że ów ból nie mijał przez kolejne dni, rozpocząłem etap diagnozowania. Wiadomo jak to w takich przypadkach bywa – lekarz ogólny – ortopeda – skierowanie na rezonans – diagnoza. Nie wdając się w szczegóły opisu – strzeliła łąkotka. Jako środek, który miał mi niby pomóc zaproponowano mi ostrzyknięcie kolana kwasem hialuronowym. Ne jestem ekspertem ortopedii ale coś takiego wydawało mi się trochę dziwne i zdecydowałem się na kolejne konsultacje. Te były już nieco bardziej rzeczowe i co by nie mówić – merytoryczne. Koniec końców – skończyło się zabiegiem operacyjnym, któremu poddałem się w pierwszej połowie czerwca. Nie był to na szczęście zabieg mocno inwazyjny i jeszcze tego samego dnia opuściłem szpital. Wiadomo jednak jak to w takich przypadkach – nie ma czarodziejskiej różki za której dotknięciem człowiek wraca do normalnego funkcjonowania. Czekała mnie rehabilitacja i walka o powrót do pełnej sprawności. Na szczęście, nie był to jakoś przesadnie długi okres i tak naprawdę w połowie sierpnia mogłem wrócić do biegania. W zasadzie do jego znacznie wolniejszej i żmudniejszej formy.
Dochodzimy teraz do okresu, który mocno pocisnął mi mental. Obiecałem sobie, że do końca roku nie wezmę udziału w żadnym organizowanym biegu, gdyż chcę odbudować sobie formę, zjechać nieco z wagi i odrobić czas, w którym byłem całkowicie wyłączony z jakiejkolwiek aktywności. Masakryczny był to okres. Serducho rwało się jak szalone, a rozum cały czas trzymał zaciągnięty hamulec. Motywacja leżała na ziemi i uwiła sobie tam całkiem niezłe gniazdko. Nie potrafiłem wykrzesać z siebie choćby najmniejszej iskry, która rozbudziłaby we mnie na nowo głód biegowego szaleństwa. Mega beznadziejna sprawa. Na fejsie pośpiesznie scrollowałem wszystko co było związane z bieganiem. Zdjęcia, relacje, artykuły, zapowiedzi przyprawiały mnie o… sami wiecie o co. Wstyd się przyznać, ale na swojego własnego bloga nie mogłem patrzeć. Wychodząc na najmniejszą nawet przebieżkę, męczyłem się niemiłosiernie. Nie wiem – może bałem się, że kolano nie wytrzyma? Po prawdzie zagłuszałem w sobie wszystko co związane było z bieganiem. Kryzys jak w mordę strzelił.
W tym miejscu zaznaczę, że to nie jest tak, iż z nastaniem nowego roku wszystko zmieniło się o 180 stopni. Nie. Próbuję na nowo odnaleźć radość i motywację do tego co wciąż jest moim … no właśnie, czym? Hobby, pasją, sposobem na spędzanie wolnego czasu? Może wszystkim na raz? Może niczym z wymienionych? Oczywiście, najprościej można powiedzieć – nie sprawia ci to radości? Rzuć to w cholerę. Sęk jednak w tym, że bieganie to kawał mojego życia. Bieganie sprawiło, że osiągnąłem coś, co zawsze wydawało mi się nieosiągalnie. Bieganie pokazało, że nie ma rzeczy niemożliwych. Bieganie to tak naprawę część mnie. Mimo tego, że cały czas jestem totalnym amatorem bez krzty zawodostwa, bieganie udowadnia, że jest dla każdego – bez względu na wiek, wagę, wzrost, płeć etc.
Kontuzja, która mi się przytrafiła niemal przed samym startem w drugim moim maratonie mocno odcisnęła na mnie piętno. Rozwaliła mi wszystko, na co tak naprawdę pracowałem przez te wszystkie lata. Owszem, miałem mniejsze i większe urazy – żaden jednak nie skończył się operacją. Może to też, wpłynęło na całość? Może to i dobrze, że miałem (a może wciąż mam) tak znaczny kryzys. Chcę wierzyć, że to wszystko jest po to, by mnie wzmocnić. Mimo że nie jest jakoś lekko, ale jak to mówią – co cię nie zabije, to cię wzmocni. Z takim też hasłem wchodzę w ten Nowy Rok. Jeśli zaś chodzi o plany… Owszem, są. Kilka biegów na radarze jest, ale obiecałem sobie, że teraz że do tego wszystkiego będę podchodził trochę inaczej. Na pewno w zgodzie z samym sobą, bez napięcia, spinania pośladów i jakiejś niepotrzebnej presji.
Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że tym powyższym wpisem zdmuchnąłem trochę wirtualnego kurzu, który pokrył tę stronę. Mam nadzieję, że wraz z odbudową mojego biegowego ja, odbuduję się również moja wirtualna bytność. Tymczasem w Nowym Roku, życzę Wam nieustającego zdrowia i aby wszystko co robicie, czym się zajmujecie i co pochłania wasz czas, sprawiało wam szczerą, niczym niezmąconą radość.
Falstart
Jeśli czasem zerkacie na mój Instagram, mignęła Wam zapewne moja facjata (która to już z kolei?) ciesząca się z nadejścia Nowego Roku. Miało być biegane, miało być łapanie formy i w ogóle miało być zaje…ście. Właśnie – miało... Gdy wszystko szło jak należy, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba pojawiły się bóle w okolicach lewego biodra. Pomny mych ubiegłych doświadczeń zaprzestałem (myślałem, że na chwilkę) biegania i czym prędzej skonsultowałem temat ze specjalistą. Nie żebym był miętki, ale przyznam szczerze – bóle były dość niepokojące i strach w tyłek zajrzał na serio. Nie wchodząc w szczegóły – bioderko przeciążone, wymagana przerwa no i obowiązkowy serwis. Za mną już kilka sesji, ból póki co nie dokucza i mam ogromną nadzieję, że w końcu będzie dobrze. Powrót na pewno nastąpi, będzie on jednak stopniowy i zgodny z zaleceniami. Póki co, nie zasypiam gruszek w popiele i ile tylko mogę, staram się działać w chałupniczo – ćwiczenia, rozciąganie, spacery itp.
Kiedy tak właśnie człowieka łapie kolejna przeszkoda, do bańki przychodzą rozmaite myśli i przemyślenia. Najważniejsze jest jedno – wrócę, to nie ulega wątpliwości. Nie pierwszy wszak to uraz, pewnie też nie ostatni (tfu, tfu). Mimo przeszkód nic się nie zmienia, a mój cel – biegać i czerpać z tego radość – jest cały czas aktualny.
Się porobiło...
Ogólne przeświadczenie że „to mnie nie dotyczy” zaczęło gasnąć jak świeczka na urodzinowym torcie. Każdy coraz bardziej zaczął sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. W pewnym momencie zaczął się nawet szturm na sklepy, celem poczynienia odpowiednich zapasów. Nie sądziłem, że w moim życiu będę świadkiem sytuacji gdy papier toaletowy stanie się obiektem tak wielkiego pożądania. Przynajmniej w internetach, bo póki co na półkach sklepowych w moim mieście nie zauważyłem deficytu tego asortymentu. Niemniej jednak historie o braku czegokolwiek w sklepach znałem jedynie z opowieści rodziców.
Nie o braku papieru czy sytuacji w sklepach chciałbym jednak napisać. Myślę że w sieci jest już mnóstwo wszelkiego rodzaju informacji, prognoz, spekulacji i innych artykułów dotyczących koronawirusa i tematów pośrednich, że nie ma sensu zawalać wirtualnego świata kolejnym, wątpliwej fachowości wywodem.
Wśród biegaczy toczy się dyskusja – biegać czy nie biegać? Oczywiście większość pisze, biegać! W mojej ocenie i w obecnej sytuacji wydaje mi się że każdy powinien tę decyzję zostawić dla siebie i nie negować przeciwnego wyboru innych osób. Nie będę krytykował osób, które cały czas biegają (oczywiście jeśli robią to zgodnie z zaleceniami – wiecie, poza skupiskami ludzi, w lasach, parkach itp.), ale też nie będę piętnował decyzji osób, które odłożyły bieganie na rzecz domowych ćwiczeń i swego rodzaju ograniczonej aktywności fizycznej. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale w mojej ocenie każdy ma prawo do podjęcia decyzji zgodnie ze swoimi przekonaniami i absolutnie nie godzę się na krytykę jednej czy drugiej opcji.
Jak to wygląda u mnie? Póki co odpuściłem wyjścia biegowe na rzecz ćwiczeń domowych, które swego czasu, przyznaję się bez bicia, zaniedbałem. Choć niesamowicie mnie nęci, żeby w końcu wyjść i zrobić kilka kilometrów, to nie zamierzam robić czegoś na siłę, wbrew sobie i swoim przekonaniom tylko po to, by udowodnić jakim jestem zaje…tym biegaczem, jak napierdzielam kolejne kilometry i jak głęboko mam tego całego wirusa. Otóż nie, nie mam. Nie zamierzam także siać paniki ale najzwyczajniej w świecie, tak po ludzku martwię się o moich bliskich i do niezbędnego chcę zniwelować ryzyko. Dziwne? Chcę się bawić bieganiem, czerpać z tego radość i wiem że już niebawem nadejdzie taka chwila, kiedy znów odzieję się w mój uniform i z uśmiechem będę przemierzać kolejne kilometry.
Póki co, trzymajcie się w zdrowiu, dbajcie o siebie i bliskich, słuchajcie zaleceń, nie okłamujcie medyków i #zostańwdomu :) PEACE!!!
Jak było? Jak będzie?
Powrót i nowy rozdział
Podsumowanie 2016 roku - dużo się działo!
Ten post miał się zaczynać zupełnie inaczej. Plan był taki, by pochwalić się liczbą zrzuconych kilogramów, ilością zaliczonych biegów i ogólną kondycją. Mogę pokusić się o takie podsumowanie i owszem ale jedynie do końca lipca 2016 roku. Pierwsze siedem miesięcy mijającego roku były dokładnie takie, jak sobie założyłem. W sierpniu plany musiałem zweryfikować.
Aby nie zwariować
Moje życie "pozabiegowe"
Mijają kolejne dni, kolejne tygodnie mojej biegowej i ćwiczebnej posuchy. To bodaj pierwsza tak poważna pauza odkąd zacząłem swoją przygodę z bieganiem. To naprawdę niesamowite, jak bardzo można się od biegania czy ćwiczeń uzależnić. Teraz kiedy jestem z tych przyjemności wyłączony zadaję sobie sprawę jak bardzo mi tego brakuje. Cóż jak nie można to nie można i tak ostatnio się zastanawiałem czy istnieje, czy w ogóle jest możliwe życie "pozabiegowe"?