Pieniny 2016 - Samotna wędrówka


Perspektywa kilku wolnych dni zawsze ogromnie cieszy. Nie należę jednak do osób, które wolny czas spędzają na nic nierobieniu. Przeciwnie. Uwielbiam spędzać czas aktywnie i ciężko jest  mi usiedzieć na miejscu. Bardzo lubię wracać do miejsc, w których zarówno ja jak i moje rodzinka czujemy się po prostu dobrze, dlatego na te kilka czerwcowych dni obraliśmy kierunek na Pieniny. Trzeci raz w ciągu ostatnich trzech lat.  

Mimo, że w tym wspaniałym miejscu spędziliśmy blisko tydzień ja najbardziej czekałem na jeden szczególny dzień. Dzień w którym  zaplanowałem samotną wyprawę na dwa najbardziej znane szczyty Pienin - Trzy Korony i Sokolicę. W serwisie Youtube trafiłem kiedyś na filmik dokumentujący fajną trasę obejmującą w jednej wyprawie te dwa miejsca i już wtedy wiedziałem, że będzie mi kiedyś dane taką drogę pokonać. Poz tym poczułem w sobie silną potrzebę spędzenia samotnego dnia w górach. Opracowałem więc trasę, wydrukowałem mapkę, skompletowałem ekwipunek i z niecierpliwością oczekiwałem nadejścia godziny 0.


W końcu jest! Piękny, słoneczny wtorkowy poranek zwiastuje naprawdę fajny ale i wymagający dzień. Jeszcze tylko odpowiednie śniadanie, ostatnie sprawdzenie plecaka i można ruszać. Zegarek wskazuje kilka minut przed godziną 9:00. Punktem początkowym jest Schronisko pod Trzema Koronami. Przemierzam żółty szlak prowadzący przez Wąwóz Szopczański. Po kilkuset metrach rozpoczyna się ostrzejsze podejście, które daje nieco w kość. Dochodzę do pierwszego przystanku - Przełęczy Szopka (Chwała Bogu). Kilka minut przerwy, parę łyków wody, wyrównanie oddechu i można iść dalej. Odcinek z Przełęczy Szopka na Trzy Korony mija mi nad wyraz szybko. Może to zasługa równego tempa? W każdym razie po niespełna 1,5 godzinnej wędrówce dochodzę do platformy widokowej i nie ma po prostu możliwości by odmówić sobie przyjemności wdrapania się na platformę widokową by choć przez chwilę delektować się wspaniałą panoramą rozpościerającą się dookoła. Mógłbym tak stać i obserwować te cudne widoki, ale pora ruszać dalej, wszak za mną dopiero pierwszy punkt wyprawy. Jeszcze tylko kilka fotek, mała przekąska i pora maszerować dalej. 

Kolejnym punktem mej samotnej wędrówki jest Zamek Pieniński, w zasadzie jego ruiny oraz grota Św. Kingi. Budowla którą ukończono ok. 1241 roku ma bardzo ciekawą historię i tym bardziej odsyłam zainteresowanych do odwiedzin tego magicznego miejsca. Ciekawe usytuowanie ruin robi bardzo fajne wrażenie i bez dwóch zdań jest to obowiązkowa pozycja do odwiedzenia. Zwłaszcza jeśli lubicie historię i zamczyska. 


Przede mną najprzyjemniejszy odcinek wędrówki.  Trochę lasem, trochę pięknymi polanami. Staram się chłonąć na maksa otaczającą mnie przyrodę. Jeśli nie byliście jeszcze w Pieninach, żałujcie i czym prędzej zajrzyjcie w to miejsce. Tam jest naprawdę pięknie! Co jakiś czas mijam turystów zmierzających na Trzy Korony. Fajna na szlaku jest zwykła ludzka życzliwość. Ludzie się pozdrawiają, wymieniają uwagi, czasami sobie pomagają czy dzielą się wodą lub jakimś smakołykiem. W drodze na drugi obrany cel mijam m. in. Polanę Wyrobek, odpoczywam przy Pinińskim Potoku. Jestem tylko ja, moje myśli i potęga przyrody, która w tym miejscu zdaje się być nieco inna by nie rzec poważniejsza aniżeli gdziekolwiek indziej.


Nadchodzi najtrudniejszy jak się później okazało fragment podróży. Odcinek Burzana - Czerteź - Czertezik dają mocno w zadek. Sporo skałek, kamiennych schodków, wąskich dróg i urwisk z jednej czy drugiej strony. Przyznam, że tu zaczynam dość mocno odczuwać trudy wędrówki. Zmęczenie zaczyna dawać o sobie znać a szlak jest ciągle nad wyraz wymagający. Tym bardziej, że jest bardzo ciepło. Najgorsze był mijanki z innymi turystami na wąskich, skałkowych przejściach. Sporo trzeba było się nagimnastykować się by bezpiecznie się wyminąć. Kosztowało to sporo wysiłku, nie powiem. Warto jednak było bo widoki po drodze nie do opisania. 


W końcu dochodzę do upragnionej Sokolicy. Od szczytu dzieli mnie kilkanaście metrów wejścia po skałkowych, dość stromych schodach i już mogę rozkoszować się cudownymi okolicznościami górskiej przyrody. Mój Boże, ciężko opisać wrażenia jakie towarzyszą człowiekowi po zdobyciu upragnionego szczytu. Wspaniała to chwila, której nie opiszą żadne słowa. Miodzio! Bezchmurne niebo, cudowna tego dnia widoczność zmuszają mnie do pozostania na szczycie przez dodatkowych kilkanaście minut. Tak naprawdę to mógłbym tam siedzieć do późnego wieczora. Pora jednak wracać, bowiem przede mną jeszcze spora wędrówka.


Zejście z Sokolicy to  sama radość, chociaż tak po prawdzie, to jednak wolę się wspinać aniżeli schodzić. Tutaj jednak ogromną pomocą są barierki którymi można się asekurować, co po wyczerpującej bądź co bądź wędrówce wydaje się być nieocenione. Kilkanaście minut schodzenia i docieram na brzeg Dunajca. Tutaj czeka łódka (tratwa?) którą za jedyne 3 zł możemy przeprawić się na drugą stronę rzeki do Drogi Pienińskiej. Chwilka w poprzek Dunajca i znów można maszerować. Tym razem w kierunku Czerwonego Klasztoru.



W perspektywie dość długi marsz brzegiem Dunajca. W linii prostej między Szczawnicą a Sromowcami Niżnymi jest ok. 3 kilometrów. Drogą Pienińską znacznie więcej :) Oczywiście mógłbym skorzystać z okazji i przejechać się ze Szczawnicy busem. Nie będę się jednak wygłupiał. Cisnę zatem. Idę fantastycznym szlakiem, wijącym się niemal identycznie wśród gór jak Dunajec.



Po godzinie 16:00 moja fantastyczna wyprawa dobiegła końca. Tego dnia byłem tylko ja i góry. Góry, które dodają niesamowitej energii, które uczą pokory i szacunku. Tam wszystko wydaje się nie mieć znaczenia. Jest tylko piękno i potęga przyrody, przy której my ucywilizowani zdawać by się mogło ludzie jesteśmy po prostu czasami bezradni.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger