Pienińska wyprawa i ostro do roboty

W poprzednim poście sporo było o przerwie i powrocie do biegania. Od tego czasu dość sporo się wydarzyło :) Ale po kolei.
W drugim tygodniu września, oprócz opisanego w poprzednim poście pokontuzyjnego truchtu, odbyłem jeszcze dwa biegi - 30 minutowy podczas którego przebyłem 4 km i 340 m oraz 34 minutowy, albo inaczej 5 kilometrowy :) Te trzy biegi pokazały, że póki co jestem w czarnym lesie jeśli chodzi o formę i generalnie kondycję. Niestety, przerwa a w zasadzie dwie wakacyjne przerwy wyssały wszystko na co pracowałem w ostatnim okresie. Cóż, trzeba wziąć to na klatę i jechać dalej. 
Kolejny tydzień to upragniony urlop i wyjazd całą rodzinką w Pieniny - cudowne miejsce, z niepowtarzalnym klimatem. Na ten krótki pobyt zaplanowałem zdobycie Trzech Koron oraz jeden bieg. Oprócz mojej aktywności mieliśmy dość mocno napięty harmonogram, więc siedzenie przy grillu z piwkiem w ręku w grę nie wchodziło. W czwartek po szóstej pobudka, szykowanie i w drogę, na szlak. Przyznaję się bez bicia, była to moja pierwsza całkowicie samotna wyprawa w góry. Obaw trochę było, ale minęły jak tylko znalazłem się na zielonym szlaku, prowadzącym na Trzy Korony. Swą wyprawę rozpocząłem chwilę przed godziną 7:00. Wokół gęsta mgła i pierwsza myśl - co ty robisz człowieku? Jak się powiedziało A to trzeba też powiedzieć B. Idę zdobyć najwyższy szczyt Pienin. Zielony szlak prowadzi mnie głównie lasem, jest dość ciężko, zwłaszcza na początku kiedy to trzeba pokonywać niezliczoną ilość "leśnych schodów". Otoczenie wspaniałe, im wyżej, tym mniejsza mgła przez którą coraz odważniej przebijało się słońce. W końcu docieram do pierwszej polany, gdzie można chwilę odsapnąć, Ufff, nie było łatwo, odpoczynek na pewno się przyda. Uzupełniam płyny i dalej w drogę. Kolejny odcinek prowadzi wąską dróżką, a po jej prawej stronie urwisko. Wrażenia wprost nie do opisania. Idę i chłonę piękno pienińskiej przyrody. Po godzinie i dziesięciu minutach docieram na Okrąglicę, najwyższy szczyt Trzech Koron. Co tu dużo pisać - BAJKA! Bezchmurne niebo, wspaniałe widoki, na dole mgła, cisza i spokój. Oj tak, tego mi było trzeba. Nie sądziłem nawet jak bardzo potrzebowałem takiej wyprawy. Po kilkunastu minutach na szczycie, schodzę na dół, co chwila się zatrzymuję, robię fotki a z twarzy nie schodzi mi uśmiech. Warto było. W sumie przeszedłem ponad 8 km czyli sporo, tym bardziej jeśli pod uwagę weźmiemy ukształtowanie terenu. Taki początek dnia to ja rozumiem!
Kolejny poranek to już bieg właściwy :) - 5 km po obu stronach Dunajca. Ruszam spod swojej bazy noclegowej i biegnę w stronę kładki prowadzącej przez Dunajec na Słowację. Tam bięgnę do Czerwonego Klasztoru. Jako, że jest jeszcze wcześnie i wszystko jest pozamykane, robię rundkę przed wejściem i śmigam dalej. Wracam w stronę kładki ale jeszcze na nią nie wbiegam. Lecę kilkaset metrów dalej tak z czystej ciekawości. Senna słowacka osada dopiero się budzi więc postanawiam wracać na polską stronę. Biegnę w kierunku kwatery, ale chcę jeszcze zrobić mały podbieg. Zmierzam w kierunku schroniska pod Trzema Koronami. Kilkadziesiąt metrów podbiegu i wystarczy. Nogi mimo wszystko odczuły górską wyprawę, Przebiegam 5 km w 36 minut. Słabo, ale co zrobić :) Sobotę zrobiłem sobie wolną od biegania. Był to dzień powrotu z krótkiego urlopu, poza tym chcieliśmy jeszcze odwiedzić Wadowice i Kraków. Myślałem, że uda mi się pobiegać w niedzielę. Niestety, w niedzielę właśnie obudziłem się z potwornym katarem, kaszel męczył niemiłosiernie a do tego podwyższona temperatura. No i pobiegane... Całe szczęście mam jeszcze kilka dni wolnych więc myślę że uda się szybko wykurować i wrócić już na dobre do biegania, bez kontuzji, przeziębień i innych bzdur. Tym bardziej, że przerwy w bieganiu spowodowały to, czego najbardziej się obawiałem - wzrostu wagi. Tu przyznaję się bez bicia, dałem ciała po całości - przestałem się trochę kontrolować i na efekty nie trzeba było długo czekać. Czas działać, brać się ostro do roboty i wrócić do formy! Trzymajcie kciuki!
Na zakończenie chciałbym serdecznie podziękować za 100 lajków na moim facebookowym profilu. Dziękuję że jesteście, dziękuję za wsparcie i dziękuję, że chcecie czytać te moje zapiski. Pozdrawiam Was serdecznie! Strzałeczka!

Łącznie przebiegłem: 1250 km.

Poniżej kilka fotek z wyprawy na Trzy Korony :)








1 komentarz:

Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger