XXIII Bełchatowska Piętnastka

Zanim przejdę do meritum niniejszego wpisu, w ekspresowym tempie kilka słów o tym co się wydarzyło w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Tak, mam świadomość swoistego osierocenia bloga na parę miesięcy kosztem Facebooka i Instagrama, ale pora wrócić do korzeni i miejsca w sieci od którego tak naprawdę wszystko się zaczęło. 
Jak zapewne wiecie z moich profili w mediach społecznościowych od bełchatowskiego Biegu Nocnego zaliczyłem bieg Ulicą Piotrkowską, Leśną Nagonkę, Bieg Rekreacyjny i kleszczowskie biegi na 5 i 10 km. Nie jest to jakiś spektakularny wyczyn ale przecież lepszy rydz niż nic. Starczy tej rozkminy nad tym co było. Liczy się tu i teraz 😉
Bełchatowska Piętnastka – biegowe święto mego miasta.
Na sztandarowy bieg mojego miasta czekałem z ogromną niecierpliwością. Bełchatowska Piętnastka od dawna weszła do kanonu najważniejszych imprez biegowych województwa łódzkiego i jest składową cyklu Biegów o Puchar Marszałka województwa łódzkiego. Zapowiadała się więc bardzo przyzwoita biegowa uczta.
Trasa tegorocznej Piętnastki nie uległa zmianie w stosunku do wcześniejszych edycji. Z jednej strony dobrze – znając trasę, można odpowiednio rozplanować sobie bieg. Z drugiej zaś strony fajnie by było czasami wprowadzić coś nowego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nowa trasa wymaga sporo nakładów pracy i organizacji rozmaitych służb, ale może warto spróbować?
W sobotę a więc dzień przed biegiem śmigam do biura zawodów celem odbioru pakietu startowego. Młode wolontariuszki świetnie ogarniały tematy organizacyjne, będąc przy tym niesamowicie komunikatywne i sympatyczne. Brawo! Podpisawszy oświadczenia odbieram numer i … no właśnie – pakiet? pakiecik? pakieciątko? Szczerze mówiąc byłem troszkę w szoku. Numer, zwrotny chip, smyczka i mini apteczka od jednego ze sponsorów. Jak na biegowe święto Bełchatowa – średnio. Nie jestem typem, który zapisuje się na biegi wyłącznie by zebrać darmowe gadżety. Niemniej jednak przyjemnie jest, gdy pakiet stoi na przyzwoitym poziomie. Jak zauważył jeden z moich biegowych znajomych – w dużo mniejszych i mniej zamożniejszych miejscowościach pakiety startowe są znacznie atrakcyjniejsze. Temat z całą pewnością do przemyślenia przez organizatorów, bo trąciło trochę malizną.
Niedzielny, przedbiegowy poranek to tradycyjnie energetyczne śniadanko i ładowanie akumulatorów. Godzinkę przed biegiem śmigam na Halę Energia, która od lat jest bazą biegu. Wbijam się w swój uniform, w międzyczasie zamieniając kilka słów z biegaczem z Zelowa (pozdrawiam Marcin!). Tu fajna niespodzianka, podczas rozmowy ów kolega zagadnął, że mnie kojarzy i zna :) Mega sympatyczna akcja. Oddaję ciuchy do depozytu i śmigam na rozgrzewkę, podczas której nie może zabraknąć spotkań i rozmów z napotykanymi znajomymi.
Punktualnie o godz. 12:00 na trasę ruszają pierwsi zawodnicy #B15. Moim zdaniem niezłym pomysłem było wypuszczanie poszczególnych stref co 30 sekund. Moja była trzecia, więc chwilkę po 12:00 ruszyłem by ponownie zmierzyć się z 15 kilometrową trasą. Miałem z nią do wyrównania małe rachunki z zeszłego roku, kiedy z bolącą nogą biegłem niemal cały dystans. Szczęśliwie tym razem nic złego się nie wydarzyło i mogłem oddać się przyjemności biegania ulicami mojego miasta.
Od samego startu biegło mi się wyjątkowo swobodnie. Może to zasługa nastawienia, które zakładało luźny bieg, bez zbędnej spiny i udowadniania komukolwiek czegokolwiek. Chciałem po prostu przebiec ten bieg tak, jak umiem najlepiej ale nie za wszelką cenę. Przyznam, że pogoda była tego dnia po mojej stronie. Zapewne wielokrotnie wspominałem, że wolę biegać gdy temperatura jest niższa. Tak było w niedzielne wczesne popołudnie. Jeśli mam być szczery był to bieg, w którym najzwyczajniej w świecie biegło mi się bardzo przyjemnie. Oczywiście były miejsca, w których było ciężko jak podbiegi czy strefy gdzie wiejący wiatr solidnie dał się we znaki. Te przeciwności nie były jednak na tyle straszne, by mogły mnie jakoś złamać czy wybić z rytmu.

Sam bieg zleciał migusiem. Nim się obejrzałem biegłem już na ostatniej prostej prowadzącej do mety. Kilkadziesiąt metrów przed nią, doskakuje do mnie Kingusia i wspólnie pokonujemy ostatnie metry biegu. Wbiegamy na metę i jest radość. Radość, że znów mogłem pobiec, radość że było super fajnie i radość, że mogłem tę chwilę dzielić z moimi dziewczynami. Dla takich chwil warto żyć! Kilkanaście minut po biegu otrzymuję smsa z oficjalnym czasem – 1:23:49. Tu niespodzianka, bo jest to moja nowa życióweczka na tym dystansie. Takie bieganie to ja rozumiem :)

Co dalej?
Nie ukrywam, że małe plany na najbliższą przyszłość jakieś są. Póki co, zapisałem się na Bieg Świąteczny w Ruścu który odbędzie się 29 grudnia. Może wcześniej trafi się jeszcze jakaś fajna impreza biegowa? Powoli przymierzam się również do przyszłorocznych planów biegowych. Gdzieś tam po głowie latają rozmaite pomysły i koncepcje, które teraz trzeba będzie wcielić w życie. O szczegółach będę informował na fejsie, insta no i postaram się tutaj, na blogasku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger