Final countdown czyli ostatnia prosta

Wakacje odeszły w zapomnienie i skończyła się startowa laba. Za chwilę stanę na starcie 40. Maratonu Warszawskiego – najważniejszego biegu w mojej dotychczasowej biegowej przygodzie. Królewski dystans to już nie przelewki i trzeba doń się trochę przygotować. W wakacje odpuściłem zupełnie starty by móc skupić się tylko na treningu. Tak też mi zleciał i lipiec i niemal cały sierpień. Wreszcie w ostatni weekend sierpnia i pierwszy weekend września znów stanąłem w szranki biegowej rywalizacji – w Wieluniu i Warszawie, o czym przeczytacie w niniejszym poście.

Wieluński Bieg Pokoju i Pojednania. 
Chciałem zobaczyć w jakim miejscu jestem po letnich miesiącach i zapisałem się na wieluński bieg. Początkowo myślałem o Biegu Fabrykanta w Łodzi, ale po małym namyśle zdecydowałem się na Wieluń, gdzie zapowiadała się całkiem fajna impreza. Słyszałem też o nim pozytywne opinie więc nie pozostało nic innego jak 26 sierpnia zameldować się w Wieluniu. 


Strasznie byłem ciekaw swojej formy po tzw. „wakacjach”. Czy będzie progres? A może nie będzie? Odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewałem. Mniej więcej trzy godziny przed startem melduję się w biurze zawodów. Sprawnie odbieram pakiet i można odliczać czas do startu. Ten zleciał szybko i punktualnie o godz. 16:00 ruszam na trasę.


Niemal od samego początku czułem się całkiem nieźle i bez większych problemów trzymałem się zakładanego tempa. Gdzieś tam z tyłu głowy pojawiła się myśl, że może uda się poprawić życiówkę? Nie było to jednak moim nadrzędnym celem. Chciałem przede wszystkim  sprawdzić w jakim miejscu jestem po wakacyjnej przerwie startowej. Tym bardziej, że tydzień później czekał mnie start w Półmaratonie Praskim, o którym przeczytacie poniżej. Bieg od samego początku układał mi się bardzo dobrze. Tempo równe (wyszło ok. 5:08 min/km), trasa też całkiem, całkiem. Szybko zleciało i po niewiele ponad 50 minutach wbiegam na metę. Jeszcze tylko pamiątkowy medal i bieg przechodzi do historii. Czekam na oficjalne info o wyniku, bo wg. mojego czasomierza, życióweczka została poprawiona. Faktycznie tak jest - 51:44! Wynik poprawiony o prawie 30 sekund co zważywszy na fakt, iż był to pierwszy start od majowego Biegu ulicą Piotrkowską, jest więcej niż zadowalające. Jest dobrze, można z nadzieją patrzeć w przyszłość :)


4F Półmaraton Praski
Warszawski bieg długo chodził mi po głowie. Kilka miesięcy temu podjąłem decyzję o starcie na warszawskiej Pradze. Przede wszystkim dlatego, że podpasował mi termin – miesiąc przed maratońskim debiutem. Po drugie bieg w Warszawie a więc idealny rekonesans przed najważniejszym startem w życiu. Półmaraton Praski potraktowałem więc jako namiastkę 40. Maratonu Warszawskiego. Nie nastawiałem się na jakiś mega wynik, chciałem po prostu dobrze pobiec i nie popełnić błędów z półmaratońskiego debiutu w Pabianicach. 


W stolicy melduję się z małżonką dość wcześnie. Odbieram pakiet i śmigamy w okolice miasteczka biegowego. Jako, że do startu jest jeszcze mnóstwo czasu, postanawiamy „ruszyć w miasto” i trochę połazić po warszawskiej starówce. W okolice Stadionu Narodowego wracamy na ok. 2 godzinki przed startem. Jest jeszcze czas by trochę wyciszyć się przed biegiem. Im bliżej godziny 20:30, tym emocje większe. Łapie mnie mały stresik i odzywają się demony debiutu z Pabianic :P Ubrany w biegowy uniform ruszam w okolicę startu. Co trzeba przyznać, miasteczko biegowe ogromne, ale wszystko dobrze zorganizowane, oznaczone. Profeska.

Rozgrzewka mija szybko i nim się obejrzałem stałem na „prostej startowej” w tłumie biegowych zapaleńców i z niecierpliwością czekaliśmy aż dane nam będzie wystartować. W końcu ruszamy! Początek jak zwykle w każdym biegu – tłoczno i ciasno – trzeba jakoś przetrwać, dalej będzie lepiej. W końcu można wejść w biegowy rytm. Kilkaset metrów po starcie pewien wesołek zagrzewał biegaczy okrzykiem „dawać, dawać, jeszcze tylko 21 km :)” Od razu biegło się lepiej. Na tyle lepiej, że nogi rwały się do szybkiego biegania. Na szczęście zdrowy rozsądek brał górę i pomny doświadczeń z debiutu wiedziałem, że nie mogę przeszarżować bo cierpieć będę mocno. Założyłem sobie tempo 5:45 i starałem się kontrolować, by je utrzymywać. Może trochę zbyt zachowawczo, ale nie o wynik mi chodziło. Przez cały czas biegło mi się naprawdę świetnie. Na całej trasie rzesze kibiców zagrzewały biegaczy żywiołowym dopingiem, a co kilka kilometrów ustawione były „punkty muzyczne” uprzyjemniające biegaczom zmagania. Mnie najbardziej w pamięci zapadł zespół, który grał pod jednym licznych mostów na końcówce biegu. Nie wiem co to był za zespół, ale muza był zacna. Szacun panowie!!! Pod względem atmosfery i oprawy Półmaraton Praski to dla mnie absolutny top.


Zupełnie inaczej jak niż w Pabianicach na debiucie, tu wszystko układa się nad wyraz dobrze. Na punktach nie zapominam o nawodnieniu czy uzupełnieniu węglowodanów. No jest różnica, bo przede wszystkim nie odcięło mnie na 16 km, tylko spokojnie mogłem sobie biec swoim tempem. Po około dwóch godzinach wbiegam na metę, w geście triumfu unosząc ręce w górę. Odbieram medal i śmigam do mojej dzielnej małżonki, która cierpliwie mnie oczekiwała.  Dostaję info z wynikiem – 2:02:04, a więc o ponad 7 minut poprawiam wynik z debiutu. Jest dobrze. Rekonesans można uznać za nad wyraz udany. Pora (bardzo późna) wracać do domu. Czas szlifować formę na maraton! 




Za dwa tygodnie o tej porze będę już po maratońskim debiucie. Wierzę, ba jestem przekonany że ukończę ten bieg z ogromnym bagażem pozytywnych doświadczeń, wspomnień i niesamowitą radością, że dokonałem… dobra na takie wyznania przyjdzie jeszcze czas. Póki co, jeśli mogę prosić, ściskajcie za mnie kciuki aby wszystko poszło jak należy. Oczywiście uraczę was trochę „maratońskim spamem”, ale myślę że będzie to w granicach rozsądku. It`s the final countdown!!!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger