Znów na starcie


Długo na to czekałem. Niemal półtora roku minęło od mojego poprzedniego udziału w zorganizowanym biegu. Wreszcie nadszedł ten upragniony dzień i znów mogłem poczuć te przyjemne emocje jakie towarzyszą biegaczowi przed startem. 

Biegowy nastrój niedzielnego poranka udzielał się nie tylko mnie. Wyobraźcie sobie że moja córeczka zasiadła przy biurku i zaczęła coś intensywnie rysować. Na pytanie o to co tworzy, tajemniczo odpowiadała że nie może powiedzieć. Po kilkunastu minutach mała artystka oznajmiła prezentując swe dzieło, że na rysunku jest biegnący tatuś wraz z innymi biegaczami. Tatuś to ten w środku :)


Po artystycznych doznaniach pora było sprostać tym sportowym. Ruszamy stałą ekipą w kierunku hali Energia przed którą zlokalizowany był start Bełchatowskiej Piętnastki oraz Biegu Rekreacyjnego. Na piętnaście kilometrów dla mnie jeszcze chyba ciut za wcześnie stąd też pomysł by wziąć udział w biegu towarzyszącym. Przed startem normalka - kilkanaście minut rozgrzewki, spotkania i rozmowy ze znajomymi. Zapowiadało się bardzo dobrze.


W końcu nadchodzi godzina zero a dokładnie 11:50 czyli start. Ustawiam się tradycyjnie z tyłu. Nie lubię tego tłoku i pędu tuż po starcie. Wolę sobie ułożyć bieg na tyłach. Ruszam spokojnie, starając się wejść w odpowiednie tempo. Nie nastawiam się na jakieś super ściganie czy bicie rekordów. Celem było przebiegnięcie dystansu w miarę równym tempie, bez spinki. Po kilkuset metrach łapię właściwy rytm i równiutko nóżka za nóżką biegnę ku mecie. Oddech miarowy, krok równy wszystko zdaje się być idealnie. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że może jednak warto było spróbować szczęścia na 15 km? Szybko jednak myśli te ulatują wszak trzeba się skupić na tym co tu i teraz. A było naprawdę dobrze.

Biegnę więc sobie dalej przybijam piąteczki z młodymi kibicami na osiedlu Olsztyńskim i pełnymi garściami chłonę klimat biegu. Przebiegam czwarty kilometr i miliony myśli przelatują przez głowę. Jak to teraz rozegrać? Póki co nic nie zmieniam. Biegnę jak biegłem. Jeśli będzie zapas mocy to  trochę przyspieszę na ostatnich metrach a jak nie to nie :) Wbiegam na ostatnią prostą, czuję że jest dobrze więc przyspieszam. Nogi cudnie niosą, zbliżam się do mety, macham jeszcze rodzince, która jak zwykle licznie stawiła się na biegu i zaczynam finiszować. Mocno, jakby jakaś dodatkowa moc mnie dopadła. Wpadam na metę a na mojej szyi pojawia się piękny medal – truskawka wisienka na torcie! Symboliczne zwieńczenie biegowego wysiłku. To tak bardzo cieszy. Ale jest jeszcze coś, co cieszy jeszcze bardziej... Seba znów biega (można oficjalnie zakomunikować)!!!   


Po zejściu z trasy, sapiąc przy tym nieco udzielam małego wywiadu „na gorąco”. 


Czas 27:27 dał mi 64 miejsce w klasyfikacji generalnej. Jestem bardzo zadowolony z osiągniętego rezultatu, tym bardziej że jest to mój rekord życiowy na dystansie 5 km. Fajnie prawda? Wrócił do biegania i  na dzień dobry robi życiówkę. Klasa!

Co dalej? Jak już się powiedziało A trzeba powiedzieć B. Intensywnie rozglądam się za kolejnymi biegami. Co prawda ten rok zamknę raczej tylko jednym startem, ale 2018 zamierzam spędzić trochę bardziej biegowo. O planach na pewno będę Was informował na bieżąco via Facebook. Bardzo serdecznie dziękuję Wam za wszystkie gratulacje i ciepłe słowa po moim debiucie 2.0. Jesteście wielcy!!!




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger