Próba generalna zaliczona!

Mieliście kiedyś sytuację, w której możecie z pełną świadomością powiedzieć sobie że to co robicie ma sens? Że to czemu poświęcacie mnóstwo czasu w końcu przynosi rezultat na jaki czekacie? Mam nadzieję że odpowiecie w większości tak jak ja dzisiaj czyli twierdząco. Taka sytuacja - jadę sobie o poranku na bieżnię z postanowieniem zrobienia sobie test biegu przed przyszłotygodniowym debiutem w zawodach na 10 km. Plan zakłada 12 km ale wpadam na pomysł by dystans podzielić na dwie części - dyszkę i uspokajającą dwójkę. Rozgrzewka zrobiona, Mundek włączony, satelity zlokalizowane - no to jadziem panie Zielonka! Na początku wolno, ospale i jakoś tak nie po mojej myśli. Czas pierwszego kilometra i załamka - 6:36. No to sobie zrobiłem test! No nic, trzeba wziąć tyłek w troki i lecieć dalej, wszak to dopiero pierwszy z dziesięciu kilometrów, można jeszcze nadrobić. Drugi kilometr niewiele lepiej, ale... lepiej 6:16. To sobie zrobię wynik. Oczyma wyobraźni widziałem już odczyt na Mundku - 1:06:45... Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie ma czasu na żarty, w końcu jak test to test. Przyspieszam i biegnę. Jest ciężkawo, ale wcale nie tak źle jakbym się spodziewał. Trzeci kilometr śmigam już poniżej 6 minut - 5:52. Jest nieźle a przede mną jeszcze 7 "klocków". Staram się tempo trzymać w miarę równe i to przynosi efekt w postaci czasu 5:40 na czwartym kilometrze. Wiem, że aby zmieścić się w godzince, muszę utrzymać to tempo. No i tu z nieukrywaną satysfakcją muszę przyznać że się udaje. Kolejne kilometry zdobywam z czasami 5:46, 5:39, 5:28, 5:35. I tu pojawia się mały kryzys, nie wiem czemu ale mam ochotę po prostu zakończyć. Zbieram się w sobie i nie daję za wygraną, lecę dalej. Pełnia szczęścia jest gdy Mundek oznajmia że 9 km przebiegłem w czasie 5:46 i że dokonałem tego o ile dobrze pamiętam w niewiele ponad 53 minuty, Wtedy dochodzi do mnie, że nie ma bata i zmieszczę się w godzince. 10 kilometr zaliczam w 5:45 i jestem zajebiście szczęśliwy bowiem pokonałem 10 km w czasie 58:22!!! Z wrażenia przebiegam jeszcze parę metrów i z niedowierzaniem patrzę w ekran telefonu. Powoli dochodzi do mnie, że naprawdę to zrobiłem. Dziś stała się rzecz wielka. Oto facet, który jeszcze nie tak dawno ważył 130 kg, siadał żeby zawiązać buty a wchodząc na czwarte piętro dyszał jak stary parowóz dziś przekroczył granicę do tej pory była dla niego niedostępną i pozostającą jedynie w sferze marzeń. Rok ciężkiej i systematycznej pracy przyniósł efekt  postaci dzisiejszego wyniku. Pewnie można było zrobić coś lepiej, ale ten się nie myli co nic nie robi. Jak na samouka wyszło całkiem nieźle. Po dziesiątce, pełen dumy i radości wolniutko truchtam jeszcze dwa kilometry co by plan zrealizować i mieć spokój sumienia :)
W zasadzie powinienem wpis rozpocząć od piątkowego biegu. Dzisiejszy mój osobisty sukces przysłonił jednak piątkowe bieganie. Z kronikarskiego obowiązku napiszę że w słoneczne, piątkowe popołudnie przebiegłem 5 km i 40 m w 31 min i 11 sek. Ot taka zwykła piąteczka :)
Sumując piątkowe i dzisiejsze bieganie zaliczam ponad 17 km. W tym tygodniu przebiegłem 31 km i 770 m, a mój łączny przebieg to ponad 924 km :) Do biegu pozostał równy tydzień, zatem...


P.S. Załączony kawałek polecam odsłuchać na dobrym sprzęcie i możliwie jak najgłośniej :) Sąsiedzi z pewnością Was pokochają :P

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger