Poniedziałkowe odreagowanie

Ależ to był zwariowany dzień! Mnóstwo zajęć, większość dnia w biegu, ale w końcu nadeszła ta pora. W końcu ubrałem dresiwo i ruszyłem na bieżnię. Kiedyś myślałem, że o intensywnym dniu najlepszym odpoczynkiem i resetem będzie piwko, kanapa, telewizorek i jakieś chrupacze. Dziś już wiem, że najlepiej na zmęczenie działa bieganie. Fakt, ciężko jest się czasami zebrać, ale jak już zacznie się bieg... Super, naprawdę świetna sprawa móc wyłączy się od wszystkiego i po prostu biec przed siebie. Biec jak Forrest Gump :P
Swój 35-minutowy bieg rozpocząłem sześć minut po godzinie 19:00. Cisza, spokój - nic tylko lecieć kolejne okrążenia. Jeden, drugi, trzeci kilometr i nim się spostrzegłem, wybija 35 minuta co oznacza, że trening zakończony. Średnie tempo - 6:15 min/km, 5 km i 610 m przebiegu, 724 kalorie spalone. Koniec! Pora do domu. Aha, pod koniec biegania poczułem lekki ból w okolicy mięśnia piszczelowego prawej nogi. Mam tylko nadzieję, że nie nabawiłem się żadnego urazu. Po powrocie z bieżni domowe krio i smarowidełka. Mam nadzieję że pomogą. Środowy bieg może nie stoi pod znakiem zapytania, ale na pewno trzeba będzie uważać.   

Łącznie przebiegłem ponad 871 km. Do startu pozostało 18 dni :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Seba Biega , Blogger